Ostatnio naszła mnie chyba nostalgia za europejskim jedzeniem, bo zaczęłam odczuwać potrzebę gotowania, zamiast codziennych wypraw do mamaka (tania knajpka prowadzona prze indusów wyznających islam, serwuje się tam mix malezyjsko-indyjskich potraw, bardzo tanio).

Tak więc był już makaron z sosem pomidorowym, do którego dodałam też groszek i super-ekskluzywny produkt, jakim jest ser pleśniowy (15 RM za małe opakowanie!), a wczoraj zdecydowałam się na naleśniki.

Przy okazji nauczyłam Winnie nowych umiejętności kuchennych, bo jak się okazało, naleśniki są właściwie nieznane w kulturze chińsko-malezyjskiej- prawdopodobnie dlatego, że powstają z mąki pszennej, a nie ryżowej.

Ale zanim przystąpiłyśmy do gotowania, wyprawiłyśmy się na zakupy. I tu kilka moich spostrzeżeń, zanotowanych w trakcie:

*mleko jest bardzo drogie! Jakoś wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Najtańsze kosztuje 5 RM za pół litra. Dlaczego? Głównie ponieważ w Malezji nie ma mlecznych krów (są tylko te mięsne). Dlatego wszystkie dostępne produkty mleczne sprowadzane są z Australii i Nowej Zelandii, a także innych odległych krajów. W związku z tym nie ma też świeżego mleka, wyłącznie pasteryzowane.

*na zakupy owocowo-warzywne najlepiej udać się do marketu w stylu makro-selgros, które są wyspecjalizowane głównie w świeżych produktach. Są to wielkie hale, w których kupić można też inne produkty typowe dla supermarketu, jednak ogromną część powierzchni zajmują właśnie owoce i warzywka. Główny plus takich miejsc: jest super tanio, a produkty są naprawdę świeże. Upolowałyśmy np ananasy w promocji 2 sztuki za 1 RM,  świeże brokuły za 2 RM, i tackę obranych honey jackfruit (nangka) za 3 RM (normalnie nawet kupując od babuszki przy drodze płaciłam 5 RM!). Minus takich miejsc- czystość pozostawia wiele do życzenia, smrodek unosi się wszędzie.

*cebula jest tylko czerwona. Biała cebula pochodzi wyłącznie z importu (Chiny).

*soboty są dniem „ekologicznym” w sklepach. Siatki foliowe są odpłatne, więc klienci w większości przynoszą własne lniane  torby.

*kiszona kapusta również jest do dostania, tyle że nie szatkowana, a kiszona w całości. Używa się też nieco innej receptury kwasu, przez co liście kapusty stają się żółte. I zapach, a właściwie smrodek, jest silniejszy niż w wypadku polskiej kiszonki.

Ale wracając do naleśników.  Zdecydowałam się na 2 opcje: na słodko i słono.

Słodka wersja, czyli z bananem i czekoladą.Nic prostszego.

Słona wersja była faszerowana nadzieniem z pomidorów, wieprzowiny, papryki, pieczarek i brokułów, z ostrym sosem pomidorowym i chilli. Do tego roztopiony ser brie na wierzchu. Dla mnie bomba, ale dla Stephena było za mało ostre (a dodałam naprawdę dużo sos chilli!).

DSCN2532

DSCN2534DSCN2536DSCN2540Zrobienie naleśników nie było trudne,  (poza znalezieniem patelni) natomiast prawdziwym wyzwaniem było ich podanie i zjedzenie.

Otóż:

*w typowym chińskim domu nie ma płaskich obiadowych talerzy. Są miski na zupę i małe talerzyki na sos/ryż.

*nie ma widelców i noży. Są łyżki i pałeczki.

*właściwie płaskie patelnie też nie są zbyt popularne, używa się woków, które jednak nie są odpowiednie do smażenia naleśników. Patelnia została więc wypożyczona od znajomych 🙂

Dlatego też jedzenie podałam w miskach na zupę. Moją porcję pokroiłam nożem i jadłam łyżką, a współlokatorzy jakoś poradzili sobie używając wyłącznie łyżek i pałeczek.  Sukces!

DSCN2541

Po kolacji zabraliśmy się do oprawiania ananasów. I już wiem, jak robić to prawidłowo!

W skrócie: trzeba odciąć zewnętrzną skórę, a potem zrobić płytkie nacięcia i wyciąć „kolce”. Finalny efekt wygląda jak świderek, którego kroi się na kawałki, wycina środkową, twardą część i gotowe.

Nie jest to łatwe, a osobie początkującej zajmuje naprawdę sporo czasu. pineapples-eyes-all-cut

cutting-pineapple (1)

Advertisements