Czas na małe podsumowanie pod kątem moich absolutnie ulubionych malajskich dań. Co prawda nie spróbowałam jeszcze wszystkich dań dostępnych tutaj, ale już mniej więcej wiem czego można się spodziewać 🙂

1. Satay

Moje absolutnie ulubione malajskie szaszłyczki z kurczaka/wołowiny/krewetek, marynowane w ostrej marynacie i grillowane. Podawane z miseczką ostro-słodkiego sosu z orzeszków arachidowych. Danie idealne!

2. Crispy popiah

Danie wywodzące sie z kuchni chińskiej, wegetariańskie. Cienki wafelek (tortilla?) z mąki ryżowej kryje w sobie paseczki świeżego ogórka, lokalnych chrupiących warzyw (kapusta i jakby kalarepa), smażonej cebulki, orzeszków, a to wszystko w pikantnym, lekko słodkawym sosie. W wersji deluxe dodaje się mięso kraba. Lokalny fast food, świeży i chrupiący.Trzeba szybko jeść bo rozwala sie w rękach, a sam zewnętrzny „placek” szybko nasiąka sosem z warzyw i utrudnia konsumpcję.


3. Mee goreng – mój faworyt w porze lunchu!

Azjatyckie kluski/makaron ryżowy wymieszane z warzywami, ostrym sosem (na bazie sosu sojowego i chilli) i dodatkami do wyboru: smażonym jajkiem, kurczakiem, albo krewetkami i kalmarami (moj wczorajszy obiadek, naprawdę pyszne! A dobrze doprawione owoce morza mają zdecydowanie ciekawy smak!)


4. Desery zawierąjace grass jelly (dosł. „galaretka z trawy”).

Najczęsciej sa to po prostu napoje typu herbata z mlekiem na zimno, do której dosypuje sie pokrojone w paseczki galaretki zrobione z warzyw (wlasnie „grass jelly”). Można ją potem wygrzebywać łyżeczką: sama galaretka nie jest ani słodka ani słona, ale pasuje do mlecznego aromatu.

5. Roti pisang

Czyli malezyjskie naleśniki z bananem w środku. Często polane słodkim mlekiem albo posypane cukrem. Dobre roti powinny być chrupiące na zwenątrz i miękkie, warstwowe w środku (coś jak ciasto francuskie, tylko płaskie). Dobrze zrobione, rozpływają się w ustach! Duży plus: zwykle roti przygotowywane są na świeżo, w cenie jest więc „show” kucharza w knajpie, który rozciąga malutką kulkę ciasta, tworząc z niej cienką jak papier płachtę, którą potem składa w kwadrat i smaży. Pycha!

b001

I dla równowagi, kilka pozycji których samo wspomnienie powoduje we mnie lekki wzdryg:

1. Century egg

„Stuletnie jajo”- dziwna sprawa: jajko kurze lub kacze, marynowane przez dlugi czas (kilka miesięcy) w mieszance soli, limonki, jakiś ryżowych papek i piasku (prochu?). Wychodzi z tego jajo o bardzo dziwnym, ciemnym kolorze, absolutnie nie wyglada zachęcająco! Jestem bardzo odosobniona w moim zniechęceniu do tej przekąski – ludzie tutaj naprawdę uwielbiają te niebiesko-zielone jajeczka. W smaku jest wciąż bardzo „jajeczne”, ale żółtko jest kremowo-płynne, a białko bardziej sprężyste. Ale i tak century egg jest lepsze niz…

2. Balut

Dostępny głównie na Filipinach, ale w Malezji czasem tez sie trafi. 18-20 dniowy kurczak, (wlaściwie embrion) na chwilę przed wykluciem. Wciąż w jaju. Gotowany i jedzony na ciepło. Prosto ze skorupki. Widać mu oczy i wszystkie czesci ciała. Wielkie: ble! z mojej strony. Mimo, że nie chciałam, i tak spróbowałam – relacja z próby konsumpcji tutaj

3. Chińska owsianka (Porridge)

Podawana jako zamiennik ryżu w chińskich knajpach. Ryżowe płatki gotowane w wodzie, bardzo wodniste i bez smaku. Je się to co prawda do dania głównego, czyli mięska albo zupy, ale i tak jak dla mnie totalnie przegrywa z normalnym ryżem. Jadłam i pewnie jeszcze zjem nie raz – moi współlokatorzy są koneserami chińskiej owsianki. Dla koneserów – serwuje się ją często z century egg. Dziękuję, postoję.

4. Smelly tofu

Śmierdzące tofu to sfermentowane tofu, smażone w głębokim tłuszczu i podawane z ostrym sosem. Śmierdzi to bardziej niż durian i sprzedawane jest wyłącznie na wieczornych bazarach – nie da się go wziąć do domu, bo wszystko by przesiąkło smrodem. Jeśli mogę do czegoś porównać – to smelly tofu pachnie długo niepraną bielizną. Niestety, smak jest praktycznie taki sam jak zapach. Próbowałam tego raz na prośbę szefowej, która uwielbia to danie, ale chyba tylko moje dobre maniery nie pozwoliły mi od razu wypluć tofu i zwymiotować na boku. To zdecydowanie przekąska nie dla mnie.

DSC06179v

5. Chińskie zupy „domowe”

Nie wiem czemu, ale mniejszość Chińska w Malezji uwielbia zupy. Niektóre z nich są świetne, np. fish head noodle czy laksa. Ale za każdym razem gdy idę w odwiedziny do kogoś znajomego i dostaję obiad lub kolację od jego/jej rodziców, oprócz dania głównego na stole ląduje zupa. I składa się tylko z:  mięsa i wody. Właśnie tak – mama lub kucharka wsadza do garnka pełnego wody kawałki kurczaka lub wołowiny i gotuje. Bez soli, bez przypraw, bez warzyw. Otrzymany wywar ma szary kolor i śmierdzi mięsem, ale smaku w tym nie ma kompletnie. Jako że podawane jest na ciepło, podowuje mój odruch wymiotny. Jednak wolę moje zupy z dodatkami.

Jako dodatek, poza konkursem: dzisiejszy deser, czyli honey jackfruit. Słodki owoc kupiony od babinki przy drodze. Wyglada jak przerośnięty durian ale nie śmierdzi i jest całkiem w porządku pod kątem smaku. W środku zielonego,kolczastego owocu są małe żółte „serca” owocu. Trochę żylaste, dość słodkie i soczyste. W środku każda cząstka ma dużą pestkę. Całkiem smaczne.

A poniżej zaległe zdjęcie pierogów ruskich które zrobiłam w zeszłym tygodniu:

Advertisements