Czy wiecie, po czym poznać dojrzałą marakuję? I jak wygląda w środku owoc mangostanu? Ja nie wiedziałam – aż do dzisiaj.
Zaraz po powrocie z pracy moi cudowni współlokatorzy zrobili mi niespodziankę i przynieśli do domu siatki pełne lokalnych owoców.
Oczywiście jednym z nich był durian, którego pominę milczeniem, bo został już opisany we wcześniejszym poście. Dodam tylko, że został otworzony wielkim nożem kuchennym (nie bez wysiłku), był typu D24 (gorzkawy) i śmierdział wybitnie, w związku z czym jeszcze przez najbliższe 2 dni przechodząc obok kuchni będę zatykać nos – „zapach” króla owoców naprawdę utrzymuje się tak długo!
Nawiązując jeszcze do tegóż nieszczęsnego owocu: wczoraj zostałam poczęstowana czekoladkami durianowymi. Wyglądały tak:


W skrócie: czekolada pyszna, w sumie dość gruba jej warstwa, a pod spodem kawałek prawdziwego duriana. Nie krem, nie nadzienie. Owoc. Po spróbowaniu rano odbijało mi się śmierdzielem do wieczora. Ech.
Ale wracając do reszty dzisiejszych owoców: pierwszy moją uwagę przykuł smoczy owoc (dragon fruit), śliczny i różowy. Pierwszy raz chyba widziałam go „na żywo”.

Po przekrojeniu na pół wyjada się go łyżeczką ze środka, przez co skojarzył mi się nieco z kiwi. Zresztą malutkie pesteczki w środku też ma podobne do kiwi. Jest bardzo soczysty i chlupie ciemnoróżowym sokiem, silnie barwiącym. W smaku dość słodki, całkiem mi smakował. Dzisiejszy smoczy owoc był różowy w środku, jest jeszcze opcja biała, podobno nie tak smaczna – ale i tak chcę spróbować.
Kolejny bohater dnia to marakuja (passion fruit). Wygląda przyjemnie, ale niestety zaliczyliśmy małą wpadkę – współlokatorom udało się kupić nie do końca dojrzałe owoce przez co w trakcie degustacji wszyscy mieli kwaśne miny – chociaż passion fruit powinien być słodki. Weźmiemy go więc na przeczekanie i powrócimy do tematu za parę dni.

No i ostatni – pierwszy raz widziany przeze mnie na oczy- owoc mangostanu. Z góry powiem, że nie ma nic wspólnego z mango (oprócz nazwy). Choć z zewnątrz wygląda niepozornie – jak mała, brązowa gładka kulka – w środku kryje naprawdę ciekawe wnętrze!

Żeby otworzyć mangostan, trzeba go mocno ścisnąć obiema dłońmi – wtedy zewnętrzna, gruba skóra pęka i ukazuje wnętrze owocu, nazwane przeze mnie „czosnkiem”. Srodek jest biały, dzieli się na cząstki i naprawdę wygląda jak czosnek w owocu! Smakuje smacznie, trochę jak połączenie mandarynki i melona. Największa z cząstek kryje w sobie pestkę, która jest nieco gorzkawa.

Ciekawa sprawa – mangostan może mieć różną ilość cząstek owocu we wnętrzu, ale można z łatwością przewidzieć ile – wystarczy spojrzeć na dolną jego część, znajduje się tam jakby „zdrewniały kwiatek” mający tyle „płatków”, ile w środku jest cząstek owocu. (przepraszam za moje nieprofesjonalne botaniczne słownictwo, naprawdę nie wiem jak to się nazywa)


I tak jak durian nazywany jest „królem owoców”, tak mangostan jest „królową”.
Na koniec dodam tylko, że naprawdę zaczynam się tu czuć jak w domu: przystosowałam się do pogody, zaczynam stopniowo używać pałeczek, a sklepikarz i panowie ochroniarze w moim budynku rozpoznają mnie i zawsze witają przy wejściu. Tak naprawdę, każdy dzień utwierdza mnie w przekonaniu, że Malezyjczycy to najmilsi ludzie na świecie! Czuję się tu lubiana i całkowicie akceptowana i to jest chyba główna różnica pomiędzy moim doświadczeniem w Indiach i w Malezji – w Indiach zawsze czułam się śledzona, zagrożona i bałam się chodzić sama po ulicach, tu jest zupełnie bezpiecznie! I nikt się na mnie nie gapi na ulicy, uff!

Reklamy