Chciałabym zacząć od gratulacji dla polskich paraolimpijczyków, którzy w ciagu jednego tylko dnia zdobyli 5 medali i pobili rekord świata. To się nazywa osiągnięcie!
Ze spraw bardziej przyziemnych, stwierdziłam, że jestem w Kuala Lumpur wystarczająco długo, aby pobawić się w typowego turystę i sobotę rozpoczęłam wizytą w punkcie informacji turystycznej. Uzbrojona z mapę komunikacji miejskiej i ulotki o atrakcjach ruszyłam w miasto.

Dzięki kolejce nadziemnej Monorail zadziwiająco bezproblemowo obejrzałam m.in.

 
*Masjid Jamek, najstarszy meczet w Kuala Lumpur, położony w rozwidleniu rzeki Gombak

*plac Niepodległości, na którym 55 lat temu ogłoszono oderwanie się Malezji od kolonii brytyjskiej. Na placu znajduje się jeden z najwyższych masztów flagowych na świecie (budzi respekt!) i piękna fontanna.

*galerię miejską, a w niej zdjęcia pokazujące rozwój Kuala Lumpur i wielką makietę miasta z pokazem „światło i dźwięk”

 
*urokliwe uliczki Chinatown, czyli terenu zamieszkałego wyłącznie przez chińskich mieszkańców, przesiąknięte aromatami dalekiego wschodu

*centrum miasta, czyli park z sadzawką u stóp wież Petronas. I właśnie tam przeżyłam idealny moment – siedząc w słoneczku, nad sadzawką, popijając świeży soczek mangowo-marakujowy. Fantastyczne uczucie relaksu! A park wyglada tak:

 
Wieczorem po zwiedzaniu spodziewałam się spokojnego wieczoru, jako że moi współlokatorzy pracowali cały dzień. W zamian dowiedziałam się, że zostałam zaproszona na rodzinną kolację jednej ze współlokatorek. Trochę speszona, niepewnie pojechałam na miejsce spotkania.
Rodzina (mama, tata, syn i 2 córki) przyjęła mnie najpierw w domu a potem na kolacji w chińskiej restauracji. Wszyscy bardzo mili, nie wypominali mi nawet moich słabiutkich umiejętnościach jedzenia pałeczkami i zamiast tego podali widelec i łyżkę 🙂
Jedliśmy w chińskim stylu, czyli każdy nakładał sobie z dużego talerza to co chciał: zupę rybną z plackami rybnymi (znowu! nie byłam tym zachwycona, ale nauczyłam się już że cokolwiek zanurzone w słodkim chińskim sosie smakuje znośnie, więc jakoś sobie poradziłam), kapustę bok choy z krewetkami, jakieś smażone ciasto z wkładką rybno-mięsną, ryż i kluski.

 
Ojciec rodziny wypytywał o różne szczegóły dotyczące polskiej historii, naprawdę mnie zaskoczył swoją wiedzą. (no, może oprócz pytania, czy mamy jeszcze komunizm) Dopytywał się o nasze banknoty, o dewaluację w latach ’90, o tradycyjną kuchnię.
19-letni syn stwierdził, że bardzo zazdrości mi koloru włosów (sam farbuje na blond, ale póki co wygląda to na marchewkowy, docelowo chce wyglądać jak koreańscy członkowie boysbandów).
Kolacja była bardzo miła, a ja, z braku innych możliwości, odzwdzięczyłam się podarowując gospodarzom polskie monety.
Po powrocie domu, a właściwie jeszcze w trakcie, w samochodzie, Steven (kolejny współlokator) wpadł na pomysł, żeby pojechać jeszcze tej samej nocy na wycieczkę do najchłodniejszego miejsca w Malezji (dochodzi do 15 stopni! „Poczujesz się jak w Polsce!”).

I w ten sposób godzinę później byliśmy w drodze do Genting Highlands, miejscowości położonej niedaleko Kuala Lumpur, na szczycie góry – dlatego jest tam tak chłodno.

 
Genting jest bardzo popularne wśród chińskich i indyjskich mieszkańców Kuala Lumpur, gdyż jest świątynią hazardu. (*islam zakazuje propagowania hazardu, dlatego nie ma tu muzułmanów)

Znajdują się tu jedyne w kraju kasyna i gry hazardowe. Poza tym znajduje się tu wiele wesołych miasteczek, aquaparków, salonów SPA i 5-gwiazdkowych hoteli.

Do Genting prowadzi tylko jedna droga- górska serpentyna. Jazda była przyjemnością, ale i wielkim stresem – Steven prowadzi „po azjatycku”, czyli bardzo szybko, wyprzedza na trzeciego i nie przejmuje się zakazami. Ale widoki były piękne – lasy, wystające skały -ach!
Po dotarciu (wcale nie jest tak zimno, jakieś 20 stopni!) poszliśmy prosto do kasyna, gdzie Steven pokazowo przepuścił 200 ringittów w ruletkę w 5 minut. Cóż, taki urok kasyna. Potem pozwiedzaliśmy wszystkie sale hazardowe (łącznie z gigantycznymi halami z grami zręcznościowymi, stołami do pokera itp- ogromne przestrzenie!) i około 1 w nocy wylądowaliśmy w kawiarni na pysznej kawie waniliowej.
Powrót zajął nam ok. 1,5 godziny głównie dlatego, że droga powrotna jest bardzo stroma i trzeba bardzo uważać. Większość drogi towarzyszył nam dziwny zapach, jakby spalenizny.. Wytłumaczono mi, że wszyscy kierowcy silnie zaciągają hamulce przy zjeździe z góry co powoduje zapach „palenia plastiku”.

 
Natomiast niedzielną atrakcją były zrobione przeze mnie pierogi ruskie.

Poniżej przepis.
1. Idź do supermarketu dla „obcokrajowców”, tylko tam znajdziesz ser nie-żółty. Nie wysilaj się, i tak nie znajdziesz twarogu. Najbardziej znośne zamienniki wg mnie: ser ricotta i niemiecki serek wiejski, wymieszane razem. Kup też ziemniaka i żółtą cebulę (w innych sklepach nie ma). Przy kupowaniu mąki zwróć uwagę, żeby nie była ryżowa.
2. Obierz ziemniaka za pomocą dostępnych narzędzi (jeśli nie ma noża – skrob łyżką) i ugotuj.
3. Podsmaż cebulkę na patelni (ja użyłam do tego celu chińskiego woka).
4. Wymieszaj ser, rozgniecionego ziemniaka i cebulkę z białkiem jajka, solą i pieprzem. Dodaj dużo soli, bo ricotta jest dość słodka i bardzo dużo pieprzu, bo jak nadzienie będzie mało ostre to nie zasmakuje azjatom.
5. Zagnieć mąkę z wodą i jajkiem na ciasto, rozwałkuj. Z braku wałka polecam: puszkę z piwem (pełną, zamkniętą) lub kubek (mój miał niestety uszko, więc możliwości ruchu były ograniczone).
6. Klej pierogi, gotuj i podawaj w chińskich porcelanowych miseczkach, polane podsmażoną cebulką.
7. Nie zapomnij podać na stół chińskiego sosu chilli, do opcjonalnego maczania dla amatorów ostrych smaków.
Voila! Wyszły jak marzenie!

Advertisements