Gdyby Malezja była człowiekiem, pewnie inne kraje uważałyby ją za dzieciaka, ewentualnie nastolatka. Jakby nie było – to dziś właśnie obchodzi swoje 55-te urodziny! To właśnie 31 sierpnia 1957 roku Wielka Brytania oddała kolonię malezyjską w ręce rodowitych mieszkańców tych ziem.
Od tego czasu rozpoczął się bardzo szybki okres wzrostu gospodarczego, Malezja w latach ’80 i ’90 należała do grupy tzw. „azjatyckich tygrysów” i głównie to dzięki temu dziś miasto zabudowane jest wieżowcami, nowymi liniami kolejek miejskich itp.
Współczesna historia Malezji nie jest długa, więc zainteresowanych odsyłam do artykułu w Wikipedii : http://pl.wikipedia.org/wiki/Malezja
W związku z Dniem Niepodległości mam dzisiaj wolne (jupii!!!), ale co ciekawe wszystkie centra handlowe i sklepy pracują. Nawet dział logistyczny w mojej firmie nie ma wolnego. Wygląda na to, że tylko pracownicy administracyjni mają możliwość świętowania w domu.
Rano odbyła się wielka parada w centrum Kuala Lumpur, z udziałem premiera i pary królewskiej. Żeby zająć dobre miejsca, ludzie zmierzali do centrum już wczoraj wieczorem! (tłumy! sama widziałam!) Poniżej kilka zdjęć z parady (niestety nie mojego autorstwa):

A to właśnie flaga Malezji. 14 pasków symbolizuje 13 stanów (tzn. województw) malezyjskich + parlament. Symbolika gwiazdy jest podobna – ma 14 ramion i symbolizuje jedność i współpracę między stanami i rządem. Półksiężyc symbolizuje islam.

Poniżej jeszcze mapka Malezji (podobną zainstalowałam sobie w wersji papierowej na ścianie pokoju, zamierzam na niej zaznaczać miejsca które odwiedziłam). Kuala Lumpur znajduje się w południowo-zachodniej części półwyspu.

Przechodząc do części gastronomicznej: zrealizowałam swój numer 1 na liście „do zrobienia w Malezji”: spróbowałam duriana!

Durian, czyli „król owoców”, jest niezwykle popularny w azji południowo-wschodniej. Powiedziałabym nawet, że malezyjczycy mają bzika na jego punkcie! W sklepach można dostać lody i cukierki durianowe, napoje mleczne, a w kafejkach nawet kawę z syropem durianowym. Prawdziwe szaleństwo!

Same duriany sprzedaje się wyłącznie na targowiskach albo z wózków umieszczonych gdzieś na świeżym powietrzu. Powód jest prosty: durian przeokropnie śmierdzi! Silny odór, utrzymujący się w ustach i na ubraniu nawet 2 dni po zjedzeniu zmusił Malajów do wywieszenia w wielu miejscach takiej tabliczki:

Durianów nie można wnosić do hoteli, lotnisk, biur i centrów handlowych. Zakazane jest też przewożenie go w środkach publicznego transportu. Jeśli ktoś ma chętkę na duriana, po prostu szybko konsumuje go na przydrożnym stoisku i idzie dalej.

Duriany mają wiele różnych typów, oznaczonych szyfrem literowo-cyfrowym: typ D24, D35 itp. Każdy z nich ma (podobno) inny smak: od gorzkiego po słodko-goryczkowy.
Owoce mają wielkość kokosa i równie twardą skorupkę, pokrytą ostrymi kolcami. Sprzedawcy mają przy sobie małe tasaki którymi zręcznie otwierają duriany i serwują ze szklanką wody (chyba, żeby przepłukać usta po zjedzeniu, żeby mniej śmierdzieć). W środku znajduje się kilka „serc” owocu i pestka (okrągła i twarda, jak awokado).
I tu dochodzimy do momentu konsumpcji. Szczerze mówiąc, od dłuższego czasu bardzo chciałam spróbować duriana i nie przeszkadzał mi nawet tak bardzo smrodek. Dlatego też wzięłam większy kawałek, włożyłam do ust i… hm….
Ten owoc ma najdziwniejszą konsystencję na świecie! Miękka, delikatna skórka otacza wnętrze duriana, który po rozgryzieniu jest po prostu półpłynną masą, podobną do majonezu. Smak nie jest zły, ale połączenie półpłynnej konsystencji z okropnym zapachem jest szokujące. Podsumowując – zjadłam kawałek, resztę owocu oddałam współlokatorowi, który jest amatorem durianów i chętnie zjadł całość.
Na pewno dam durianowi jeszcze szansę, ale raczej zacznę najpierw od lodów durianowych, może to mi pomoże przyzwyczaić się do jego smaku i zapachu.

Reklamy