Kuala Lumpur ma to do siebie, że jest azjatyckim tyglem kulturowym. Wietnamski deser, chińska herbata, warzywa po koreańsku? Wszystko jest dostępne. Praktycznie codziennie można zjeść obiad w innym stylu, czy to rękami, pałeczkami czy widelcem. Ogólnie jestem bardzo otwarta na jakiekolwiek azjatyckie potrawy, jednak najmniej pociągająca wydawała mi się kuchnia japońska. Surowe/gotowane warzywa i ryby, na oko nic specjalnego…

Szczerze mówiąc, do tej pory próbowałam sushi tylko raz i nie byłam wielkim fanem potraw zawierających surową rybę. Dlatego też miałam pewne opory przed wyprawą do knajpy japońskiej, którą jednoznacznie kojarzyłam z sushi.

Po wczorajszym wieczorze muszę jednak trochę zweryfikować swoje nastawienie – mimo wszystko potrawy z kraju kwitnącej wiśni bywają znośne, a nawet całkiem smaczne i niekoniecznie są surowe!

Wczorajsza kolacja miała miejsce w centrum Midvalley, w miejscu o nazwie Sushi Zanmai.

Przed wejściem stała spora kolejka głodnych klientów, więc na przeczekanie kupiliśmy sobie małą porcyjkę mrożonego jogurtu naturalnego, posypanego kruszonymi ciasteczkami oreo i pestkami dyni. Całkiem smaczny, smakuje jak mrożony jogurt Fantasia z dodatkami, taki kremowy i lekko słodki.

Po ok. 15 minutach udało nam się zdobyć stolik. Zwykły, w odróżnieniu od małych stołków barowych przy ruszającej się taśmie, na której jeżdżą talerzyki z sushi.

Zasada (wg Vinnie i Stephena) zamawiania w japońskiej knajpie: weź 1 główne danie i do tego dodatki w postaci np sushi albo innych żyjątek.

Ok, wzięłam więc krewetki z japońskimi warzywami (pokrojone w paseczki, kwaskowe warzywo i dużo kiełków), podawane z ryżem. Bez surowych składników, wszystko gotowane/podsmażane.

(zdjęcia z Google, nie zdążyłam zrobić własnych, bo szybko jedliśmy to co nam przyniesiono – ale zdjęcia przedstawiają dokładnie dania przez nas jedzone)

Vinnie wzięła zielone kluski które macza się w zupie warzywno-rybnej, a Steven kluski z krewetkami.

Do picia każdy dostał spory kubek zielonej herbaty (niezbyt mocna, ale zajeżdżająca ziołami), który był kilkakrotnie dopełniany przez krążące po sali kelnerki z czajniczkami z herbatą.

Podkreślę, że był to mój pierwszy posiłek zjedzony całkowicie przy pomocy pałeczek, i zakończył się sukcesem- nic nie spadło na stół 😉

Dodatki (wybierane przez eksperta, czyli Stephena): zestaw różnych sushi z łososiem i kawiorem, krab i surowe japońskie krewetki.

Sushi z łososiem – dobre, łącznie 12, z czego 2 sztuki zawierały nawet niesurową (gotowaną na parze) rybę. Po umoczeniu w sosiku słodko-słonym z dodatkiem chrzanu wasabi smakowało to całkiem-całkiem. Ale ryż był naprawdę fantastyczny!
Klejący i okrągły.

Krab – to właściwie typ „soft shell crab”, czyli wyciągnięty ze zbiornika wodnego chwilę po tym, jak zrzucił pancerzyk, aby wymienić go na nowy. Nie ma więc problemu z dłubaniem w skorupce. Nie surowy, a smażony w panierce. Pyszności!

Krewetki- specjalny ich rodzaj, sprowadzany z Japonii, do konsumpcji na surowo. Całkiem spore sztuki, z oczami i różowymi paskami na ciele. Tego obawiałam się najbardziej, bo nie lubię, gdy jedzenie na mnie łypie! Zwłaszcza surowe, ugotowanym się nie przejmuję. Ale cóż, raz się żyje! Po pozbyciu się głowy i ogona i umoczeniu w ostrym sosie jakoś to przełknęłam. Ale jakoś nie do końca mi smakowało, może dlatego że głowa krewetki ciągle leżała na moim talerzu, patrząc na mnie z wyrzutem.

Wieczór zakończyło wypicie małej buteleczki z ciepłą (podgrzaną) sake. Sake pije się o wiele przyjemniej niż wódkę czy inne mocne alkohole, głównie dlatego, że nie ma tak odpychającego aromatu i goryczki. No i pije się je małymi łyczkami, a nie na całe kieliszki.

Podsumowując: Smacznie, rewelacją okazał się krab i nie-surowe dania, takie jak ryż z krewetkami. No i zburzyłam mur między mną i sushi.

Moment wieczoru: Stephen, w odpowiedzi na moją opowieść o polskich surówkach serwowanych do obiadu: -Jak wy możecie jeść surowe warzywa? Przecież to niesmaczne i bez smaku! (jednocześnie przeżuwał sushi z łososia, czyli surową rybę, która nie jest problemem). Uwielbiam takie różnice kulturowe, odkrywane zupełnie przypadkowo.

Ps Przepraszam wszystkich znawców/miłośników japońskiej kuchni za moją amatorską relację i – być może- oczywiste opisy i stwierdzenia. Był to mój pierwszy raz w japońskiej restauracji, więc praktycznie wszystko było dla mnie nowe i nieznane.

Ps2 Wspomniałam już, że mamy królika w biurze? Znajda, zabrany przez Jihę  z ruchliwej drogi. Nazwaliśmy ją (bo to dziewczynka) Sunshine. Jest biała i puszysta, ma brązowe oczy i jest bardzo rozpieszczona – je tylko, jeśli się ją karmi z ręki, sama nie ruszy jedzenia z miski. Preferuje marchewkę i krakersy.  I lubi towarzystko ludzi. Jest z nami w biurze od wczoraj, radośnie skacząc przez kable komputerowe.

*zdjęcia we wpisie nie są mojego autorstwa, acz bezczelnie przeklejone z internetu, jednak dokładnie obrazują dania z Zanmai.

Reklamy