Okrągłe. Kruche z zewnątrz i przyjemnie delikatne w środku. Z żółtkiem w centrum i pracochłonną dekoracją z zewnątrz. To właśnie księżycowe ciasteczko (mooncake), główny bohater obchodzonego właśnie chińskiego święta.

W ten weekend odbywały się główne obchody święta Środka Jesieni (Mid-Autumn Festival). Dlatego też ostatnie 2 dni poświęciłam głównie na zgłębianie wiedzy o Malezji, teoretycznie i praktycznie, aby móc w pełni zrozumieć sens tego festiwalu.

Ale zaczynając od początku:

Motywowana moja naprawdę niewielką wiedzą o historii Malezji, w sobotę wybrałam się do Muzeum Narodowego. Bardzo ciekawe miejsce, z 4 wielkimi salami ukazującymi najważniejsze epoki w historii kraju. A tu budynek muzeum z zewnątrz:

Pierwsza przedstawiała czasy prehistoryczne i pierwsze ślady życia i cywilizacji na tych terenach. Wystawa była naprawdę ciekawie przygotowana, łącznie ze szczątkami 8 prehistorycznych mieszkańców Melakki, hologramem (!) przedstawiającym codzienne życie rodziny w jaskini i wieloma kamiennymi narzędziami używanymi w tamtych czasach.

Druga sala to już epoka brązu i żelaza/średniowiecze, a także przybycie Islamu do Malezji (religia ta została przywieziona przez Indusów). W tej części oglądać można m.in. miecze, kolczugi i armaty w kształcie chińskich smoków i „scenkę” zaakceptowania islamu jako narodowej religii przez władcę Malezji, przedstawioną za pomocą naturalnej wielkości figur uczestników spotkania. Jest też pierwszy oficjalny Koran, pisany ręcznie. (chociaż największe wrażenie jak dla mnie, zrobił Koran spisywany na wąskich paskach zrobionych z liści palmowych, na których wersy są wyryte ostrym narzędziem)

Trzecia sala obrazuje życie w czasach kolonialnych, poprzez panowanie Portugalczyków, Holendrów, Anglików i Japończyków. Z rzeczy ciekawych: odtworzone pół statku portugalskiego (naturalnej wielkości), wojenne okopy japońskie, hologram przedstawiający życie w portugalskiej Melakce i rozładunek statku, worki z przyprawami.

Ostatnia część to współczesna Malezja: czasy komunistyczne (tak! były!), stan wojenny (stan wyjątkowy?), który trwał 12 lat oraz dążenia do niepodległości. Na tej części skupiłam się najbardziej – wiem,że niepodległość jest bardzo ważna dla Malajów, więc starałam sie zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Na przykłąd ten – aby pertraktować w sprawie niepodległości, delegaci rządowi musieli udać się na negocjacje do Londynu. W związku w wysokimi kosztami takiej podróży, cały kraj „zrzucił się” i umożliwił im wyjazd. Poza tym po raz kolejny zachwycił mnie koncept „1 Malaysia” – bardzo ważny wątek, poświęcę mu niedługo całą notkę.

Po powrocie z muzeum pojechałyśmy z Vinnie do rodziny Stephena. Podczas Mooncake Festival tradycyjnie rodziny zbierają się razem i świętują – ale niestety Stephen miał napięty grafik w pracy, więc zamiast niego pojechałyśmy we dwójkę odwiedzić jego rodzinę, złożyć życzenia i zjeść uroczystą kolację. Miasto nazywa się Seremban, jest położone 65 km na południe od Kuala Lumpur. Po ok. 1,5 godz jazdy (tylko troszkę się zgubiłyśmy), dotarłyśmy na miejsce i zostałyśmy poczęstowane współczesną wersją mooncakes – zrobioną z galaretki. Spróbowałyśmy różnych smaków: smoczego owocu, żółtej kukurydzy, pandan (liście nadające potrawom słodyczy i delikatnego aromatu) i czerwonej fasolki.

Chwilę potem, już większą grupą – Ja, Vinnie, mama Stephena, siostra Stephena -Carmen i jej chłopak, ruszyliśmy do chińskiej restauracji na uroczysty obiad. W ten szczególny wieczór wszystkie chińskie knajpki są pełne, wokół stolików biegają dzieciaki a kelnerzy nie chodzą, a biegają po sali. Stoliki w tego typu miejscach, jak już wspominałam, są zawsze rodzinne – najmniejsze to 4-osobowe, największe 10.

Okazało się, że restauracja w której się znajdowaliśmy, słynie z kilku charakterystycznych dań, dostępnych tylko tu. Kilku udało mi się spróbować:

-kurczak słodko kwaśny pod lodem – klasyka, podana pod wielką czapą z kostek lodu. Nie jestem pewna, „co kucharz miał na myśli”… Wygląda naprawdę ciekawie, a grzebanie w lodzie w poszukiwaniu mięska jest atrakcją samą w sobie. W smaku.. nie powala. Po prostu smaczny kurczak, z tym że zamiast ciepły, jest chłodny.

-tańczący kurczak- danie zapiekane w dużym żaroodpornym naczyniu, z kurczakiem, bakłażanem, cebulą i gęstym sosem. Wszystko zostaje posypane małymi, suszonymi płatkami z kalmara (bodajże), które wchodząc w kontakt z ciepłem, zaczynają „tańczyć”. Tzn falować, otwierać/zamykać się i delikatnie przemieszczać się po talerzu. Świetny efekt! Żałuję , ale niestety nie mam filmiku obrazującego „ruch” na talerzu. Jeśli chodzi o smak -moje danie nr 1 tego wieczoru, głównie ze względu na wyśmienicie doprawionego bakłażana.

-korzenna baranina – a właściwie wewnętrzna część brzucha barana, pokrojona na małe kawałki i marynowana i zapiekana w aromatycznym sosie z imbirem, sosem sojowym i bóg-wie-czym. Zapach świetny, smak ok.

-ciasto z kalmara i chilli – z wyglądu przypomina babkę piaskową, która w „dziurze” w środku zamiast powietrza ma kawałki kalmara, duużo chilli i ostrych warzyw. Jak dla mnie trochę dziwne połączenie, bo ciasto jest lekko słodkie, a nadzienie naprawdę ostre i lekko rybne. Uważnie omijając chilli da się zjeść.

Na zdj. po prawej u góry „tańczący kurczak”, niżej po lewej kurczak pod lodem.

Z rodziną Stephena:

Do tego wszystkiego oczywiście chińska herbata, ochoczo dopełniana przez chłopaka Carmen co 10 min. Wypiłam chyba z 1,5 litra!

Kolacja była naprawdę pyszna i zaskakująca (ten tańczący kurczak!), a my około 23.00 powoli zbierałyśmy się w drogę powrotną.

Niedziela to właściwy dzień Festiwalu. Dlatego też rano wybrałyśmy się z Vinnie do centrum handlowego po tradycyjne (nie-żelowe) ciastka i chińską herbatę. Z mojej strony dokupiłam też chińskie słodyczne – suszone owoce Haw, czyli jakby dzikie jabłka. Kupuje się je w formie małych krążków wielkości monet, w tubkach. Smaczne, lekko kwaskowe i słodkie.

Z ciekawostek- w sklepie z chińskimi przekąskami, gdzie nabyłam owe słodycze spróbowałam też ulubionej przekąski Vinnie – suszonej ryby w cukrze <Smakuje jak.. ryba w cukrze, a to ci niespodzianka>

Wieczorem razem z Vinnie i jej kolegą Kenem wylądowaliśmy na kolacji w ulicznej wersji knajpki ze steamboat – zamiast na stole, gotuje się szaszłyczki mięsno/rybne w knajpce na kółkach.

Smakowite! Szczególnie krab i wielkie kreweteczki. Do tego sos satay i drugi, ostry (przesadziłam, polałam za dużo, nie wiedząc że to takie ostre i potem żałowałam przez 20 minut, pijąc jak zwierzę u wodopoju w oazie na pustyni). Były też smażone chińskie grzyby (wyglądały jak przerośnięte kurki, smakowały dość podobnie).

A do picia – bubble tea mango. Pyszności.


Zaraz po kolacji nadszedł czas na główny punkt programu – obchody Księżycowego Święta! Razem ze znajomymi Vinnie pojechaliśmy do parku, zapaliliśmy lampiony, spacerowaliśmy wzdłuż jeziora, udekorowaliśmy palmę i zjedliśmy mooncakes. Fantastyczny wieczór! Park pełen był chińskich rodzin zapalającymi lampiony, robiącymi sobie piknik na trawie i grających w gry. Świetna atmosfera!

Udało mi się naprawić aparat! Tak więc wreszcie mogę przedstawić wszem i wobec moją fotorelację w wczorajszego wieczoru 🙂

Reklamy