Dzień drugi w Penang!

Rano-śniadanko. W bardzo tradycyjnej chińskiej formie pierożków dim sum. Knajpka ogromna, z wieloma stolikami, ale bardzo zatłoczona – z powodu swojej sławy „najlepszych dim sum w mieście”. Cudem znalazłyśmy stolik!

Zasada jest taka, że podchodzi się z tacą do konkretnego stanowiska – można wybierać: pierożki gotowane na parze, smażone, jest też dział „inne”- i wskazuje się palcem na konkretne pierożki.  Pan kucharz podaje jedzenie i zaznacza na karcie krzyżykiem co się wzięło. Kartę należy nosić ze sobą.

W pierwszej turze poszłam ja i Peisan, Kat została przy stoliku, żeby pilnować naszych z trudem wywalczonych miejsc. Zdecydowałyśmy się na gotowane na parze okrągłe pierożki z krewetkami, smażone z krewetkami, kulki rybne i jakąś taką dziwną owsiankę. Jako że dim sum są jednym z moich ulubionych dań, nie muszę chyba nadmieniać, że były wyśmienite! Nieco trudności napotkałam ze strony technicznej – w tej knajpce je się wyłącznie pałeczkami, co zrozumiałe, a pierożki gotowane na parze są naprawdę śliskie, więc sporo się namęczyłam, żeby przetransportować jedzenie do ust.

Drugą turę wybrały Kat i Peisan. I to był z mojej strony błąd, mogłam się spodziewać że mogą wybrać pod moją nieobecność coś przeze mnie nieakceptowalnego… Tak więc dziewczyny wróciły ze smażonym durianem (nie!), smażonymi kurzymi łapkami (podwójne nie!) i jakimiś kluskami z wołowiną które udało mi się przełknąć. Ale za to na deser były moje ulubione golden buns ze słodkim nadzieniem z żółtka jaja.

Już najedzone, wyruszyłyśmy do jednej z największych atrakcji Penang – Jetty. Jest to wioska chińska zbudowana na wodzie, w której w dawnych czasach mieszkał konkretny chiński klan, obecnie miejsce wpisane na listę zabytków kultury UNESCO. Takich wiosek było wiele w okolicy Penang, żyły głównie z rybołóstwa. Domy są drewniane i długie, wznoszą się na palach. Wszystkie domy są wciąż zamieszkane! Bardzo łatwo to zauważyć, gdyż drzwi w chińskich domach są właściwie tylko kratą, przez którą całkowicie widać wnętrze domu. Zaraz przy drzwiach mieści się mała kapliczka, w której palą się świece i składane są ofiary z owoców i kwiatów.

Ktoś suszy sobie rybę

Domowe lody-sopelki, czyli woda lub mleko z syropem, mrożone w woreczkach

Kolejny przystanek to centrum Penang, czyli zabytkowe Georgetown – również wpisane na listę UNESCO. To właśnie tu najbardziej widać chińskie dziedzictwo miasta, przeplatane z portugalskim duchem kolonialnym.

Georgetown znane jest ze swojej sztuki ulicznej, czyli malowideł na ścianach budynków, w które często wkomponowane są przedmioty codziennego użytku, takie jak drabina czy rower. Część z nich nie jest malowana, z stworzona z metalowych prętów. Nowe malunki pojawiają się niespodziewanie, pod osłoną nocy, a czasem zupełnie legalnie. Wszystkie jednak łączy to, że nie są zwykłym grafitti, a prawdziwymi dziełami sztuki! Tak więc najlepiej zwiedzać Georgetown metodą „od malowidła do malowidła”. Trochę przypomina to szukanie skarbu, bo niektóre obrazy są sprytnie ukryte. W weekendy łatwo je zauważyć – przed każdym z nich stoi grupka rządnych zdjęć turystów, więc wystarczy uważnie wypatrywać większych skupisk ludzi z aparatami w rękach.

A tu kolejna chińska świątynia, na terenie Geogetown:

Sklep z chińskimi starociami:

Pan gra na charakterystycznym chińskim instrumencie, którego dźwięk jest bardzo wysoki i przypomina pisk kota (nie mam pojęcia jak się fachowo nazywa):

Kolejnym przystankiem był „wet market” czyli chiński targ z owocami, warzywami, świeżym mięsem i owocami morza.

Na terenie targu jest też mały food court, który słynie m.in. z zupy z kluskami i mięsem kaczki. W związku z lokalizacją knajpek, można być pewnym, że jedzenie jest świeże! <kucharz może po prostu krzyknąć „ej, potrzebuję więcej mięsa!” – i zaraz mu przynoszą prosto ze straganu. Inna sprawa, że warunki sanitarne w takim miejscu pozostawiają wiele do życzenia…>

Tak więc to nasz obiadek: pasembor, zupa z krewetkami i kluskami, zupa curry-kokosowa z kluskami i wątróbką,słynne kluski z kaczką

Po obiedzie została nam jeszcze godzinka do odjazdu autobusu, postanowiłysmy więc dobić się deserem chińsko – tajwańskim. Ale już w innym miejscu, nawet nie w budce na ulicy, a w deserowni z klimatyzacją! Och, ach!

Pasta sezamowa z owocami (na ciepło)- ma konsystencję zupy i nie jest zabójczo słodka, choć tego się spodziewałam

Pasta z orzeszków ziemnych z owocami (na ciepło)-jak powyżej, smakuje trochę jak rozpuszczone masło orzechowe

Zupa kokosowa z ziemniakami i sogo (taka jak pierwszego dnia)- w porządku, ale ta robiona przez pana na straganie przy ulicy była o niebo lepsza w smaku, nie wiem dokładnie dlaczego, ale tak było.

I mój faworyt- smażone lody! W środku lody czekoladowe, wciąż zimne, a na zewnątrz smażone ciasto, gorące. Jak oni to zrobili? Magia!

Droga powrotna do Kuala Lumpur zajęła nam 5,5 godziny w związku z ogromnymi korkami na autostradach (niedziela wieczór, wszyscy wracają do miasta…)

Po tej wycieczce wiem na pewno – chętnie wrócę jeszcze do Penang! Nie tylko ze względu na legendarne jedzenie, które okazało się naprawdę pyszne, ale też dlatego,że jest jeszcze tyle zabytków i pięknych miejsc do odwiedzenia w Penang! Np posąg leżącego Buddy pokryty złotem, plaża, wzgórze Penang z kolejką linową…