Penang to stan w Malezji, położony na północnym zachodnie, znany z tego, że jest w dużej części zamieszkany przez mniejszość chińską. Chińczycy rozwinęli w Penang swoją kulturę, język i kuchnię.

Dziś Penang zwany jest stolicą jedzenia – tak jak cała Malezja znana jest ze swojej kuchni, to właśnie Penang jest numerem jeden jeśli chodzi o kulinaria w całym kraju.
Spotkałam się wielokrotnie z sytuacją, kiedy rozmawiając o Penang ze znajomymi Malajami, kończyło się na wymieniance dań, które są najlepsze właśnie tam, albo tylko tam można je dostać. Towarzyszył temu rozmarzony wyraz twarzy rozmówcy…Oczywiście najlepsze jedzenie kupuje się nie w restauracjach, ale w budkach na ulicy, tzw. hawker stalls. Ich właściciele opanowali do perfekcji jedną konkretną potrawę i gotują ją przez całe życie. Dlatego też większość stoisk w Panang słynie z konkretnych dań.
Tak więc kiedy tylko nadarzyła się okazja, stwierdziłam: jadę! Mam w Penang znajomą -Peisan, która nie tylko zapowiedziała że oprowadzi mnie po zakątkach Georgetown (starówka), ale i zorganizowała darmowy nocleg w akademiku.
Tak więc w sobotę rano złapałam razem z Kathleen autobus i po 5 godzinach jazdy byłyśmy na miejscu. Główna część stanu położona jest na wyspie, którą łączy z lądem długi (13,5 km) nowoczesny most zwany Penang Bridge. Obok budowany jest obecnie kolejny, 16-km most – jeszcze nie otwarty. (update: drugi most został otwarty w 2014 roku, i bardzo rozładował korki na pierwszym moście, polecam przejechać się obydwoma!)

Po odebraniu z dworca przez Peisan i jej koleżankę Joan pojechałyśmy do ulicznej knajpki spróbować klasycznego dania z Penangu – Char Kuey Teow. Są to szerokie kluski ryżowe podawane z krewetkami, tofu, kiełkami i warzywami z sosie sojowym. Bardzo smaczne!

Po drodze skosztowałyśmy jeszcze zupy kokosowej z kuleczkami sogo i kawałkami słodkich ziemniaków i żelków. Bardzo aromatyczne, pachnące kokosem danie!

Pan przygotowujący zupę:


Okazało się, że Peisan przygotowała całą listę rzeczy „do zjedzenia” podczas naszej wycieczki, którą to listę sukcesywnie odhaczałyśmy cały weekend. Tak właśnie wyglądała lista:


Następnym przystankiem był słynny kompleks swiątyni Kek Lok Si. Po drodze chwyciłyśmy jeszcze lokalne przekąski- słodycze ze „smoczego owocu”, które były właściwie taką delikatną chałwą z orzeszkami w środku, a chwilę potem coś czego nazwy nie pamiętam – drobno pokrojone tofu obtoczone w prażonych orzeszkach z przyprawami.

Te drugie średnio mi smakowały, miałam wrażenie że po zjedzeniu warstwy orzeszków samo tofu jest zbyt gumowate i bez smaku. Ale nie przepadam za tofu ogólnie, więc być może to dlatego.

Kompleks świątyń położony jest na wzgórzu i aby do niego dotrzeć trzeba się wdrapać naprawdę wysoko po schodach.

Wzdłuż schodów stoi mnóstwo kramów z chińskimi zabawkami, koszulkami, przekąskami i akcesoriami do modlitwy, należy więc iść szybko – gdy zwalnia się na chwilę, żeby odsapnąć, od razu zostaje się otoczonych przez namolnych chińskich sprzedawców. (to przecież oczywiste, że każdy chciałby nabyć plastikowego żółwia, świecąca w ciemnościach figurkę Buddy albo obrazek z Jezusem- który notabene pasuje do buddyjskiej scenerii jak pięść do nosa)

Nadmienię tutaj, że Penang z racji swojego wyspiarskiego położenia jest bardzo wilgotnym miejscem (i ciepłym), a pada tu średnio co 2 godziny. Wchodzenie po schodach na wzgórze jest więc nie lada wysiłkiem, jako że aura nie jest zbyt sprzyjająca i po 5 minutach wszyscy są już mokrzy.
Ale wracając do świątyń – są PRZEPIĘKNE! Na dolnym tarasie znajduje się sadzawka z żółwiami. I to nie taka zwykła – żółwi są w niej setki! Od malutkich żółwików po naprawdę ogromne okazy.

A to już zdjęcia z wyższych tarasów świątyń:


Ostatni odcinek jest bardzo stromy i pokonuje się go kolejką linową. (żółty wagonik na zdjęciu)

Na szczycie znajduje się świątynia i piękny ogród w stylu chińskim,z wieloma rzeźbami przedstawiającymi chińskie znaki zodiaku – ja, urodzona w 1989r., jestem wężem.


Obok świątyni znajduje się ogromny posąg – taka azjatycka „statua wolności”.
Przed nią modlą się wierni.

A to już niżej, w pagodzie „tysiąca Budd”. Nazwa wzięła się od tysięcy malutkich, złotych figurek umieszczonych na ścianach.


W pagodzie znajduje się też „drzewo życzeń” na którym zawiesza się kolorowe wstążki. Należy wybrać odpowiedni kolor wstążki- zielony to „pokój na ziemi”, czerwony: „powodzenie w biznesie”, pomarańczowy „szczęście rodzinne” i zapłacic 1 RM. Następnie długopisem oznakowuje się wstążkę swoim imieniem i wiesza na drzewku. Podobno gwarantuje to, że życzenie się spełni. No, zobaczymy 🙂


Schodząc z góry zauważyłam, że sklepikarze sprzedają m.in. sztuczne… kupy. Okazało się, że chińczycy wierzą, że tego typu „upominki” gwarantują przypływ pieniędzy. No cóż…


Kolejny przystanek kulinarny, zaraz pod świątynią: zupa Laksa! Czyli bazująca na wywarze rybnym, kwaśna zupka zawierająca kluski, jakieś liście, dużo przypraw, pokrojonego w paski ogórka i chilli. Smaczne! Własnie z powodu tej niespodziewanej kwaśności (nie wiem, co ją nadaje, chyba zioła). Do tego sok z trzciny cukrowej, dopiero co dostarczonej na motorze.


A na deser – słodki deser typu zupa na zimno, zawierający owoce, słodkie ziemniaki, czerwona fasolkę i żelki. Taki jakby lokalny kompot!

Kolejny przystanek odbył się na moją wyraźną prośbę – wcześniej dużo czytałam o tym miejscu i koniecznie chciałam je odwiedzić, mimo niechęci współtowarzyszek podróży. Mówię o świątyni węży. Jest to chińska świątynia nieco poza miastem, podobno niedługo po jej wybudowaniu węże i żmije zaczęły przybywać do świątyni i już tam zostały-nikt nie wie, dlaczego, ale odebrano to jako znak z niebios i węże mieszkają tam do dziś.
To świątynia z zewnątrz:


A to węże, mieszkają zaraz przy ołtarzu na prowizorycznych „drzewach”.


To najbliższa odległość, do jakiej mogłam się przemóc – te gady naprawdę budzą respekt!


Nieopodal świątyni znajduje się farma węży, swoiste zoo, goszczące ponad 50 gatunków żmij i węży.


A to „Król węży” – gatunek żywiący się wyłącznie innymi wężami. Miałyśmy szczęście, trafiłyśmy akurat na dzień karmienia. Na zdjęciu szary wąż powoli połyka czarno-żółtego (który jeszcze żyje, wciąż ruszał ogonem).

Po świątyni węży – czas na kolację! Tym razem w tzw. fod court, czyli wielkim zgrupowaniu małych budek ulicznych.

A to nasza kolacja: kluski z krewetkami w zupie, pasembor- smażone tofu i mięso polane sosem z kiełkami, rojak – surowe owoce(mango, jabłko itp) polane sosem sojowym z orzeszkami, smażone skórki z kurczaka i małe ośmiorniczki. Do tego satay i popiah – moje ulubione dania, jeszcze z KL!


Po obfitej kolacji poszłyśmy się przejść po okolicy, jako że food court znajdował się praktycznie nad morzem.


No i po jakiejś godzinie wylądowałyśmy w tajwańskiej deserowni na herbacie (już nie na jedzeniu, nie byłyśmy w stanie nic więcej zjeść!). I tu ciekawostka- zastanawiało mnie, dlaczego tajwańskie desery są w Malezji tak bardzo popularne.
Odpowiedź jest prosta – Malajowie uwielbiają seriale z Tajwanu i starają się naśladować swoich ulubionych aktorów. A skoro aktorzy w serialu jedzą tajwańskie desery…. (Product Placement zastosowano tu z dużym sukcesem!).

Potem wpadłyśmy jeszcze na chwilę na koncert rockowy odbywający się niedaleko i wróciłyśmy do akademika żeby się wyspać przed kolejnym ciężkim dniem, wypełnionym zwiedzaniem i pysznym jedzeniem!

CDN

A tu jeszcze kilka fotek które zrobiłam podczas przemieszczania się po Penang:

swojskie „Tey” (no, prawie)

Reklamy