Mieliście kiedyś w planach cel lub miejsce, które chcieliście odwiedzić tak bardzo, że aż trzęsły wam się nogi z podniecenia? Odliczaliście kiedyś dni do ważnego wydarzenia i liczyliście na to, że noce nagle staną się krótsze a dni znikną z kalendarza? Jeśli tak, to zrozumiecie, jakie emocje towarzyszyły mi przed świętem Thaipusam.

Usłyszałam o tym hinduskim święcie jeszcze przed przyjazdem do Malezji. Wyjątkowość i siła tego wydarzenia urzekła mnie od razu i wiedziałam, że koniecznie muszę odwiedzić Batu Caves podczas Thaipusam. Rok temu niestety byłam na konferencji w czasie święta i nie miałam możliwości uczestniczenia w nim. W tym roku – nie ma zmiłuj. Obejrzałam wszystkie dostępne filmy dokumentalne, przepytałam znajomych Indusów Malezyjskich i byłam w 100% gotowa.

DSCN0107

Kilka podstawowych informacji o Thaipusam:

*jest to święto ku czci boga Lord Murgan (którego wielka złota statua znajduje się w Batu Caves)

*odbywa się ok. 17 stycznia

*obchodzi się je w kulturze południowo-indyjskiej (tamilskiej) oraz lankijskiej

*jest to swojego rodzaju święto dziękczynienia – ludzie proszą boga np. o znalezienie dobrej żony, o zdrowie dla chorej mamy, o szczęście w miłości itp. Jeśli marzenie się spełni, podczas Thaipusam pielgrzymują do Batu Caves lub Penangu (2 główne ośrodki celebracji) aby podziękować za to, co ich spotkało

*w Batu Caves w tym roku podczas obchodów święta przwinęło się 1,5 miliona osób!

DSCN0168 DSCN0151 DSCN0145

*dziękować bogu można w różny sposób – najbardziej popularny to piesza pielgrzymka ze świątyni przy Petaling Street do Batu Caves (ok 15 km), idzie się boso, w pomarańczowej szacie, a na głowie lub ramieniu trzyma się dzban pełny mleka, które później ofiarowuje się w świątyni. Maszeruje się za wielkim powozem, na którym wieziony jest święty posąg. To właśnie ten powóz:

DSCN0186

*najpopularniejszym symbolem festiwalu są pawie pióra (symbol Lorda Murgam) oraz trójząb, używany do przebijania języków – pani na zdjęciu poniżej ma go w ustach, w przebitym języku

DSCN0119 DSCN0166

*inne opcje (bardziej poważne) obejmują pieszą pielgrzymkę tą samą trasą, jednak z dodatkowymi obciążeniami, jak kavadi – pięknie przystrojony ołtarz o wielkości nawet kilku metrów, który niesie się na plecach lub przymocowuje do pasa. Dla osób mniej wytrzymałych fizycznie jest też kavadi w formie styropianowego, dekoracyjnego łuku, który trzyma się na ramionach.

*dla chętych przy wejściu na teren festiwalu jest stoisko z „fryzjerem” gdzie można ogolić głowę, i podarować włosy bogu jako podziękowanie. Setki osób – w tym kobiet zgoliły głowę na łyso podczas Thaipusam.

*jest też sporo pielgrzymów którzy biorą dziękczynienie dosłownie i kultywują tradycję umartwiania ciała poprzez wbijanie w plecy haków z obciążnikami jak kokosy czy limonki. Niektórzy przebijają policzki i języki trójzębami (symbol Lorda Murgam), lub przebijają nos wielkimi kolczykami. Co ciekawe – nigdzie nie ma krwi.

*Osoby decydujące się na fizyczne umartwianie ciała są widocznie podniecone, wprawione w stan – podobno – religijnego transu. Wszyscy twierdzą, że nie czują bólu. Niektórzy wyglądają przerażająco, zataczają się idąc, a oczy drgają i generalnie co chwilę widać strząsające nimi drgawki.

Cały dzień zastanawiałam się, jakby najlepiej opisać to, co zobaczyłam w Batu Caves. I chyba najtrafniejszym opisem byłoby: dzień, w którym bogowie zsyłają część swojej mocy na Ziemię.

Bo jak inaczej wytłumaczyć grupy tysięcy osób które maszerują przez całe miasto z przebitymi plecami, językami i nogami, do tego niosąc na sobie wielkie ołtarze. I nikt z nich nie krwawi! Zdarzają się też „samozwańczy” kapłani czy swego rodzaju święci: jak ten mężczyzna, który przez wiele godzin trzymał w ręku rozpalony garnek gliniany z palącym się w środku ogniem i twierdził, że nie czuje żadnego bólu.

DSCN0147

Lub jak ten – który nie dość, że miał wbite w plecy wielkie haki, to jeszcze ciągnął duży, ciężki ołtarz poprzez liny doczepione do haków.

DSCN0170 DSCN0171

Lub ten pielgrzym, z kokosami na plecach.

DSCN0091

Oczywiście można powiedzieć, że to wszystko blef. Że to sztuczki, że ciężary są sztuczne, a pielgrzymi odurzeni narkotykami.

Ale jest w tym wszystkim coś takiego… co sprawia, że pomimo gigantycznych tłumów, palącego słońca i wspinaczki po stromych schodach, myśli wciąż wędrują ku skupieniu na modlitwie i szczeremu dziękczynieniu.

Zdarzają się osoby w widoczny sposób „naprute” ziołami czy alkoholem – jak samozwańczy kapłan, który szedł razem ze swoją świtą, palił wielkiego jointa i błogosławił wszystkim naokoło. Udało mi się też otrzymać od niego błogosławieństwo (zupełnie niechcący – chciałam tylko zrobić zdjęcie), „kapłan” narysował mi białą tikkę na czole i wręczył z uśmiechem pomarańczę i banana. Tak więc nawet osoby pod wpływem zachowują się przyzwoicie i niesamowicie pozytywnie.

O, to właśnie ta sytuacja:

DSCN0083 DSCN0082 DSCN0081

Jeśli chodzi o sam festiwal i jego organizację: można się tu poczuć jak w Indiach, całkiem serio. Zaczynając od OGROMNYCH tłumów (ostatni raz tyle ludzi widziałam chyba w Bombaju, przy wejściu do kolejki miejskiej), przez wszędobylski zapach kurzu, kadzidełek i smażonych przekąsek, po absolutny chaos logistyczny i ogromny brud. Właśnie tak – przy wydarzeniu na 1,5 miliona osób zaplanowano tylko 2 miejsca z toaletami, a na terenie wokół jaskini praktycznie nigdzie nie widziałam koszy na śmieci. Doprowadziło to do sytuacji, gdzie na środku ścieżek powstawały dzikie wysypiska, takie jak to:

DSCN0185

Śmierdziało przez to wszędzie – zapach kwaśniejącego mleka, psujących się owoców i porzuconych, spoconych koszulek i butów. Buty były wogóle wszędobylskie – wielu pielgrzymów po prostu zostawiało swoje klapki na drodze, aby kontynuować ostatni odcinek trasy boso, na ziemi walały się więc setki – tysiące par butów.

Logistycznie, jak już wspominałam – było bardzo „indyjsko”. Mimo, że to coroczny festiwal, wyglądało to tak, jakby został zorganizowany przez grupę niedoświadczonych stażystów. Żadnych strzałek czy mapy, niewystarczająca ilość policji, kompletnie nie-strategiczne umieszczenie grup medycznych. Zdarzało się, że osoby w kolejce do jaskini mdlały (w sumie tego typu sytuacje zdarzały się naprawdę często), ale sanitariusze potrzebowali nawet 10 minut aby przebić się przez naprawdę gęsty tłum z noszami.

DSCN0077 DSCN0076

Thaipusam to generalnie festiwal o naprawdę podwyższonym ryzyku niebepieczeństwa – są tu osoby samookalaczające się, osoby nadużywające środków odurzających, rodziny z dziećmi, które mdleją z powodu odwodnienia i gorąca itp. Ale w jakiś sposób, pomimo wycieńczenia i wielu naprawdę ryzykownych sytuacji – przez cały dzień widziałam tylko kilka sytuacji w których ekipa medyczna musiała reagować i pomagać pielgrzymom. Może to właśnie jeden z cudów Lorda Murgam 🙂

Ale pomimo wszystkich niedociągnięć, jest to naprawdę przepiękny festiwal. Głównie za sprawą kolorów i zapachów oraz ludzi, którzy naprawdę wierzą w sens tej wykańczającej pielgrzymki i mają ten przepiękny ogień motywacji w oczach.

DSCN0089 DSCN0094 DSCN0118 DSCN0128 DSCN0178 DSCN0176

Na festiwal wybrałam się z Kasią i Martą z Polski, i po obejrzeniu przmarszu pielgrzymów w kierunku jaskini, postanowiłyśmy wspólnie, że do nich dołączymy. Weszłyśmy więc do rzeki ludzi „płynącej” w kierunku świątyń. Ależ tam był tłum! Z każdej strony w ciało wbijały mi się czyjeś ramiona, a o moje plecy miałam cały czas oparty czyjś dzban w mlekiem. Samo dojście do podnóża schodów prowadzących do głównej świątyni zajęło nam ok godzinę.

Cała grupa pielgrzymów została tam przedzielona na 2 główne grupy – pierwsza obejmowała osoby niosące dzbany z mlekiem oraz turystów. Grupa druga to pielgrzymi niosący kavadi i umartwiający ciało. Obie grupy zostały przedzielone barierkami – chyba głównie chodziło o to, aby szczególnie osoby z kavadi dotarły na szczyt jak najszybciej.

Schody do jaskini mają ponad 270 stopni. Strome stopnie, palące słońce i widoczna nad głowami kolorowa brama do świątyni – wchodząc myśli się w zasadzie tylko o tym. Wejście zajęło nam w sumie chyba tylko 30 minut – ale być może dlatego, że weszłyśmy na górę stosunkowo wcześnie. Po południu trzeba było stać na schodach nawet 2 godziny.

Im wyżej wspinało się do góry, tym wyraźniej można było odczuć przyjemny chłód płynący z jaskini. I wreszcie – udało się! Doszłyśmy na szczyt. W jaskni, po lewej stronie znajduje się główna świątynia, w której wierni składają dary – mleko oraz kavadi. Byłam naprawdę zaskoczona – po pierwsze, świątynia jest naprawdę malutka. Po drugie – wejście do niej było płatne! Przy wejściu stała spora grupa kapłanów i pobierała 10 RM od każdego pielgrzyma za wejście. Trochę mnie to oburzyło – osoby które były już naprawdę wykończone, niosły swoje dary do świątyni – i jeszcze musiały za to płacić- absurdalna sprawa. Ale być może tylko ja miałam tego typu nastawienie – nie widziałam nikogo, kto kwestionowałby zachowanie kapłanów. Cóż.

Jaskinia była wypełniona ludźmi do maksimum – wyglądało to tak:

20140117_125656

W samej jaskini nie było już sensownych barierek, wszyscy pielgrzymi zlewali się więc w jedną grupę – wchodzący, wychodzący, modlący się… Jeden wielki misz-masz, prowadzący do sytuacji, gdzie wszyscy w jaskini nie mogli się ruszyć, w związku z tym że grupy idący w różnych kierunkach po prostu się ścierały i nie mogły dalej przejść.

Tak więc jeśli myślicie, że na szczycie można zatrzymać się na chwilę, pokontemplować, podziękować osobiście bogu za otrzymane dary… cóż, pewnie można, ale na pewno nie podczas Thaipusam.

DSCN0183 DSCN0064

Wyjście ze świątyni i zejście w dół zajęło nam 3 godziny. Przeżyłam też chwilę grozy, gdy zostałam uwięziona między barierką a meżczyzną z ogromnym kavadi przypiętym do barków. Był on widocznie wycieńczony i wprowadzony w stan transu, a gigantyczna masa ludzi blokowała mu dalszą drogę. Miałam go dosłownie 10 cm po mojej lewej stronie. Bałam się, że w tym stanie może on zrobić nagle coś zupełnie nieprzewidywalnego, a ja byłam na pierwszej linii frontu – wystarczyło, że pochyliłby się w którąś stronę, a wielkie kavadi wbiłoby mi się w głowę. Nic takiego się jednak nie zdarzyło – za to byłam świadkiem zupełnie innego zachowania. Jeden z wiernych, skandujący w kółko religijną mantrę zaczął nagle wrzeszczeć, dostał drgawek i zemdlał (trans religijny? narkotyki?). Mężczyzna niosący kavadi zrobił mu na czole znak palcem, posmarował je olejem, po czym… leżący na ziemi nagle się ocknął. To było naprawdę coś! (na ile sytuacja była prawdziwa, nie potrafię powiedzieć)

Jedno wiem na pewno – po raz pierwszy brałam udział w religijnej celebracji, gdzie ludzie w tak widoczny sposób doświadczali kontaktu z bogiem. Można by to porównać chyba tylko do wielkich kościołów w Ameryce gdzie pastorowie dokonują egzorcyzmów na wiernych, powodując trans religijny i drgawki u uzdrawianych osób.

DSCN0180

Rozmawiałam ze kilkoma znajomymi, którzy świętują Thaipusami ze swoimi rodzinami. Bo prawda jest taka, że nie każdy pielgrzym zakłąda haki i idzie 15 kilometrów do Batu Caves – świętować można na wiele sposobów – i nie ma jednego, obowiązującego systemu obowiązującego wszystkich.

Avinash, kolega z uniwersytetu UTP na północy Malezji, przyznaje że w ciągu roku nie jest za bardzo wierzący, bo nie ma za dużo czasu na rozmyślania natury duchowej. W trakcie przygotowań do Thaipusam i samego festiwalu stara się jednak wrócić do swoich duchowych „korzeni” i wykorzystać ten czas jak najlepiej. Robi to poprzez wielodniowy post i mentalne przygotowanie się do święta. W dniu samego festiwalu razem w rodziną jedzie na miejsce i zanosi swój dzban z mlekiem do jaskini. Nie idzie jednak 15 kilometrową trasą, ani nie używa haków czy igieł – jak sam mówi, jest bardzo zadowolony z tego, jak wygląda jego życie i nie ma wielkich życzeń o które mógłby prosić boga. Traktuje to bardziej jako możliwość do przypomnienia sobie jaki powinien być wdzięczny za wszystko co już ma.

Vaenissaa, koleżanka z pracy, ma jeszcze inne podejście. Uważa, że podróż do jaskiń Batu nie jest aż tak ważna – w dniu festiwalu wybiera więc zamiast tego wizytę w swojej lokalnej świątyni hinduistycznej. Nie ma dzbanów, nie ma haków – jest za to więcej ciszy i moment który można wykorzystać na modlitwę i rozmyślania. Jest to też okazja na spotkanie rodziny i wspólny posiłek.

Jeśli jesteście zainteresowani festwialem Thaipusam, oto kilka wskazówek logistycznych:

-główne obchody w Batu Caves rozpoczynają się wcześnie rano, warto być na miejscu koło 8.00-9.00, plusem jest też mniejszy żar

-dojazd: kolejka KTM z KL Sentral, bilet 2 RM. Podróż trwa ok 20 minut. W trakcie święta dostawione są dodatkowe pociągi, zwykle nie ma problemu z wsiąściem do pociągu.

-nie bierzcie ze sobą paszportów i dużych toreb – słyszałam wiele informacji o kradzieżach, tzw. pickpockets

-nie zakładajcie szortów ani koszulek odsłaniających ramiona – jest to przede wszystkim festiwal religijny, należy to uszanować

-turyści mogą jak najbardziej dołączyć do pielgrzymki (która wyrusza o północy w dzień poprzedzający święto z hinduskiej świątyni przy Petaling Street)

A tutaj jeszcze dodatkowo świetny krótki film dokumentalny o Thaipusam, naprawdę polecam!

Advertisements