Udało się, jesteś w Malezji. Ale podróżując między KL, Penangiem i wyspami nie chcesz jeść w McDonaldzie czy w knajpach włoskich z makronem carbonara polanym wiadrem śmietany -ambitnie planujesz jeść w 100% jak Malezyjczycy!  Czy to oznacza ryż do każdego posiłku? Niekoniecznie! Ale prawie. 

Przyznam szczerze, że nawet po prawie 4 latach w Malezji, wciąż mam problemy ze zjedzeniem typowo malezyjskiego śniadania. Obiad, kolacja – bez problemu. Ale ciężkie, naładowane tłuszczem i węglowodanami śniadanie to niekoniecznie mój ulubiony sposób na rozpoczęcie dnia – wolę coś lżejszego.

Radość wielka - zamiast ryżu dziś jemy bułeczki na parze!
Radość wielka – zamiast ryżu dziś jemy bułeczki na parze!

Jeśli jednak szukasz konkretnego, „lokalnego doświadczenia”, oto kilka wskazówek. Przy każdym daniu podałam wskażnik „nachapania” od 1 (głodny) do 10 (brzuch pęka!). W niektórych przypadkach zabrakło skali!

1) Śniadanie

Tradycyjnie je się dużo i ciężko. Tradycyjne dania pochodzą z czasów industrialnych, gdy większość Malezyjczyków pracowało w kopalniach cyny i na plantacjach – jako pracownicy fizyczni potrzebowali więc niezłego kopa z rana. Nie mieli więc w menu jogurtów czy płatków. Wszystko fajnie, tylko że w czasach obecnych, mimo że większość Malezyjczyków pracuje w biurach i prowadzi raczej siedzący tryb życia, dania ostały się z czasów bardziej aktywnych, niestety. Prowadzi to to coraz bardziej widocznej fali otyłości i cukrzycy :/

*Bak ku teh – zupa lub potrawka w wersji „na sucho”, zrobiona z gotowanych godzinami kawałków wieprzowiny (im tłuściej, tym lepiej – boczek, golonka, podroby – wrzuca się cokolwiek), w naparze z chińskich ziół i przypraw, z delikatnym dodatkiem warzyw. Zupę (lub samo mięso z sosem) podaje się z miseczką białego ryżu posypanego prażoną cebulką. A do tego herbata chińska, żeby „uspokoić” organizm po takiej dawce tłuszczu (stąd też „teh” w nazwie dania – bo zawsze podaje się je z herbatą).
Odczucie nachapania: 11/10! (można się nachapać na zapas, serio!)

67848_4866791717337_31732237_n 62281_4866796517457_809355666_n

*Nasi lemak – dosłownie „tłusty ryż”. Ryż gotowany na mleku kokosowym, z imbirem i ewentualną trawą cytrynową. Do tego dodatki: ostry sos sambal, orzeszki, suszone anchovies, plastry ogórka i jajko. Wszystko zawinięte w starą gazetę albo liść bananowca. Za 1-2 RM (1-2 zł), co czyni nasi lemak jednym z najtańszych „zapychaczy” na rynku. Jako że nie przepadam za anchovies, moje testowanie nasi lemak zawsze nieco kuleje. Ale nawet bez małych, łypiących jednym okiem rybek, ta wielka sterta ryżu zapycha nawet największego twardziela. Gwarantowane uczucie pełności brzucha aż do obiadu!

Odczucie nachapania: 9/10 (10/10 jeśli dołożyć do tego udko kurczaka, też popularną opcję)

51af

2) Obiad

Na obiad wychodzi się z biura. O ile nie pracuje się w Google czy innym korpo, zwykle nie ma się stołówki pod ręką, więc przez pierwsze 5-10 minut przerwy obiadowej moi koledzy z pracy grają w kultową grę „kto dzisiaj prowadzi samochód w drodze na obiad”. (ja nie mam samochodu, szach mat!). Potem dochodzi do tego zagrywka „ale gdzie jedziemy i w sumie to co jemy?” która zwykle kończy się 1 z 2-3 standardowych miejsc, do których zawsze jeździmy.

Obiad to też taka gra – jak się najeść, ale tak, żeby potem nie być śpiącym. Wymaga to niezłej sprawności manualnej i kontroli przy wybieraniu pozycji z menu w knajpie.

*Banana leaf – obiadowa waga ciężka. Ogromna porcja białego ryżu (zwykle 2-3 razy większa niż w przypadku nasi lemak), do tego zestaw 3 różnych warzyw i curry do wyboru. No i chipsy pappadam. Moja strategia: zjadam jak najwięcej warzyw i jak najmniej ryżu, który jest chytry jak lisek chytrusek, i powoduje przemożną ochotę na sen w 30 sekund po powrocie do biura.

Odczucie nachapania: 8/10

SONY DSC

*Wantan mee – weźcie sporą garść klusek jajecznych, takich cieńszych niż spaghetti. Połóżcie na stercie tych klusek pieczoną wieprzowinę (nie żałujcie imprezowych, tłustych części jak boczek). Do tego podajcie zupę typu rozwodniony rosół, z małymi pierożkami wypełnionymi mięsem i krewetkami. Myślicie, że to wszystko? A gdzie tam! Teraz polejcie całą stertę klusek mieszanką sosu sojowego i roztopionego SMALCU (w proporcji 50-50). Czujecie tą energię? O właśnie.

Odczucie nachapania: 7/10

20140111-234330

*Chicken rice – danie proste jak moja blond czupryna (prosta bez prostownicy, zawsze!) – kurczak na parze albo pieczony, do niego ryż gotowany w rosole i zupa (prawdopodobnie wywar, w którym gotowany był wspomniany właśnie ryż – sama zupa smaku prawie nie ma). I tyle. Niby nic, ale kurczaki jakieś takie otłuszczone są, a ryż jakby bardziej zapycha niż zwykły.

Odczucie nachapania: 6.5/10

temasek_chicken_rice

*Nasi kandar – bufet ryżowy! Tak, jeśli czekaliście cały ten czas na bufet z nielimitowanymi porcjami ryżu, to właśnie otrzymaliście wasze cudo w pełnej okazałości. Stoisko nasi kandar składa się z kilku lub kilkunastu bemarów, w każdym z nim trzyma się inne danie. Oczywiście bemary w 90% nie są podgrzewane, więc wszystko jest zimne (ale co tam, za to w danich jest dużo chilli, więc rozgrzejecie się od środka). Ale po pobraniu talerza, pierwszym przystankiem jest wielkie plastikowe wiadro z… ryżem! Jeśli macie do czynienia z opcją „na wypasie”, wiader będzie kilka, a w każdym inny ryż (biały, basmati, biryani z przyprawami). I tutaj możecie zaszaleć: nakładajcie ile chcecie, ryż jest zawsze w tej samej cenie, niezależnie od tego, ile go nałożycie! Z moich obserwacji, zwykle kończy się tym, że delikwent Malezyjczyk tak zachwycony ryżowymi możliwościami nakłada go na 96% talerza, po czym dokłada jeszcze kapkę na wysokość, żeby ryżowa wieża ładnie się prezentowała. Potem na pozostałe 4% talerza wystarczy nałożyć curry z ryby albo smażonego kurczaka. Warzywa są raczej mało lubiane – no bo w końcu jak, ryż to warzywo, co nie? Więc wystarczy sam ryż na talerzu. 

Na końcu lady z jedzeniem stoi szef przybytku i uważnym okiem lustruje zawartośc talerza, po czym wydaje decyzję o cenie. Nie ma kokretnego cennika, ale zauważyłam, że na wysokośc ceny często wplywa też: aparat fotograficzny na szyi (cena* 50%), duży dekolt (cena obniżona o 20%) itp. 😉

Odczucie nachapania: od 1/10 do 10/10 

Street Food Awards May 2015 Category: Nasi Kandar

3) Podwieczorek

Hola hola, jeszcze nie pora na kolację! Najpierw trzeba przebrnąć przez niekończące się morze przekasek. Co wcale nie oznacza słodyczy!

*Curry puff – pieróg z nadzieniem z warzyw w sosie curry, czasem z kurczakiem lub sardynką. Niby nic, ale taki pieróg wrzuca się do frytownicy albo woka wypełnionego olejem i smaży na złoto. Stopień ostrości nadzienia jest za każdym razem niespodzianką – waha się od „phi” po „gdzie jest moja woda? GDZIE?”. Ale w sumie, biorąc pod uwagę proces smażenia – siła oddziaływania na żołądek jest całkiem mocna.

Odczucie nachapania: 3/10 (chyba, że mówimy o curry puff który kupuje się w centrum handlowym Midvalley – są one większe niż ludzka dłoń i wystarczają jako zamiennik obiadu)

currypuff9

*Scones – mocno brytyjska sprawa: ciastka z rodzynkami. Je się to z bitą śmietaną i dżemem. Przy jedzeniu można delikatnie odgiąć mały palec, żeby poczuć się jak Sir/Lady. Do tego popołudniowa herbatka, z mlekiem, a jakże.

Odczucie nachapania: 1/10 (phi!)

tumblr_m9u34eBl2G1qmyq8go1_500

*Bubble tea – herbatka z mnóstwem żelków/galaretek/nasion które wyglądają jak żabie jajeczka. Malezyjczycy zauważyli bubble tea po raz pierwszy w namiętnie tu oglądanych tajwańskich serialach, gdzie to piękni aktorzy i aktorki popijali ten napój bogów w trakcie prowadzenia śledztwa, czy brania kolejnego rozwodu. Więc Malezyjczycy też chcieli spróbować (herbaty, nie rozwodu), a producenci szybko się uwinęli i otworzyli setki barów z bubble tea w całym kraju. Moja ulubiona opcja to zielona herbata „special” w Gong Cha – herbata z grubą warstwą mleczno-maślanej piany. Dtuga super opcja – kwaśna, cytrynowa zielona herbata z białymi perłami w Chatime. Taka kwaśna i zimna, że pobudza bardziej niż kawa!

Odczucie nachapania: 4/10 (żelki robią swoje! Czasem po podwójnej porcji bąbelków w herbacie nie jestem w stanie zjeśc kolacji)

Moja ulubiona zielona herbata z pianką w Gong Cha
Moja ulubiona zielona herbata z pianką w Gong Cha

4)  Kolacja

Macie jeszcze energię? To jedziemy z koksem, bo kolacja to zwykle największy posiłek dnia!

*Maggi goreng – nigdy nie zrozumiem szału na to danie. Zupka chińska z makaronem instant, wrzucona do woka, z dodatkiem pokrojonych warzyw i paprzyczek chilli i przypraw, czasem też tofu i kurczaka. Gotowane do miękkości. Do tego czasem kładzie się na górze plasterek sera. I wierzcie lub nie – to danie uważane jest za zdrowe i serwowane dzieciom przez rodziców!

Odczucie nachapania: 5/10 (ble!)

*Ramly burger – wiem, że na topie w Polsce są teraz hipsterskie hamburgery. W Malezji można je czasem spotkac, ale rynek późno-wieczornych przekąsek należy niepodzielnie do hamburgerów za 2zł, serwowanych z mobilnych punktów typu „wózek na kółkach”. Mrożone mięso, mające w składzie może 10% mięsa, do tego bułka, która nie wysusza się nawet po tygodniu trzymania jej na słońcu, świecące w ciemności sosy hamburgerowe, plasterek sera topionego i kilka plastrów pomidora (no co, przecież musi być zdrowo!). W wersji „speszial” dostaniecie jeszcze cieniutki jak papier omlet, w który zawinięte będzie mięso. A za dodatkowego zeta dostaniecie ekstra mięso , które uniemożliwi wam ugryzienie burgera – kanapka stanie się wysoka jak mięsny Mt. Everest. 

Burgery Ramly były swego czasu dostępne też w bratnim Singapurze. Ale już nie są, bo rząd zakazał ich sprzedaży – były za niezdrowe! Oczywiście w Malezji nic sobie z tego nie robią i na co drugiej ulicy w Kuala Lumpur spotkacie miłego pana sprzedawcę smażonego mrożone mięso hamburgerowe na oleju z lokalnej Biedronki. 

Odczucie nachapania: 6/10 (10/10 w przypadku podwójnego mięcha)

Burger speszyl, z jajkiem
Burger speszyl, z jajkiem
Typowe stoisko Ramly
Typowe stoisko Ramly

*Lok lok – radosna ciężarówka z przyczepką pełną pyszności na patykach. Czego tu nie ma! Pulpety mięsne, rybne, bakłażany, zielone liście niewiadomego pochodzenia, parówki… Wszystko posypane szczodrze glutaminianem sodu. Każdy patyk ma konkretny kolor który identyfikuje jego cenę. Klienci mogą przygotować swoje wybrane patyki na dowolny sposób – gotując je w garnkach z wrzątkiem, wrzucając do wrzącego oleju, albo grillując (ta opcja jest bardzo spoko w przypadku azjatyckich grzybów – wychodzą pyszne, nawet przy braku zdolności grillowych). Typowe miejsce na ugaszenie „gastro-głodu” po imprezie.

Jedyny minus – jeśli lok lok znajduje się w centrum miasta, to za równowartość 3 patyków, można kupić cały obiad gdzie indziej…

Oczucie nachapania: 2/10-5/10 (porównałabym to do uczucia po zjedzeniu zapiekanki)

I tyle! Wszystko oczywiście napisane zostało subiektywnie i z przymrużeniem oka! 😉

 

Advertisements