Najlepszą częścią wyprawy do Tajlandii są posiłki. I przegryzki. I popitki. I wszystko co związane z jedzeniem!

Zaczynając od śniadania: byłam niesamowicie szczęśliwa widząc że w Tajlandii Południowej (nie wiem, jak w północnej) bardzo lubiane są chińskie pierożki dim-sum, na które usilnie poluję w Kuala Lumpur. Tymczasem w Hat Yai na każdej ulicy można było znaleźć przynajmniej jeden dim-sumowy przybytek!

Fakt na temat knajpek z dim-sum: serwuje się je zwykle rano, do 11-12 a potem ta sama knajpka serwuje zwykle zupę z kluskami albo steamboat. Menu całkowicie zmienia się w ciągu dnia.

Dim sum przygotowywane są na parze, w okrągłych koszyczkach. Zwykle zrobione są z mieszanki wieprzowiny i owoców morza (najczęściej krewetek).  Do tego dołożone są różne warzywa i dodatki (kukurydza, brokuły, jakieś zielsko, kiełki). Bywają też dim-sum na słodko – w formie np. bułeczek pao, które mogą zawierać kokosa lub słodkie nadzienie z płynnego żółtka. Pyszne są też smażone dim-sum z sosem majonezowym.

SAM_2499 SAM_2496 SAM_2378 SAM_2377

Po zamówieniu przygotowanie dania zajmuje zaledwie kilka minut. Koszyki układa się na sobie na maszynie parowej i czeka się aż pierożki „dojdą”. Zwykle trwa to 5-10 minut.

Do dim-sum najlepsza jest chińska zielona herbata w małych porcelanowych filiżankach.

Dim-sum są delikatne, więc czasem uchwycenie ich pałeczkami to trudna sztuka- początkującym łatwiej jest je wbić na pałeczkę i obgryzać. Osobiście preferuję do dim-sum słodki, gęsty sos sojowy, ale w Tajlandii podawano nam tylko sos chilli. Cóż, taka kultura.

W Malezji koszyczek dim-sum to wydatek około 3 RM wzwyż, w Tajlandii zaledwie 1.3 – 2 RM. Fantastycznie!

Inna opcja na śniadanie: zupa z kluskami, kulkami z masy rybnej i kurczakiem. Całkiem przyjemna, spora miska rosołku z dodatkami, kiełkami itp to wydatek zaledwie 3 RM.

DSC_0011

A po śniadaniu? Przekąska, czyli na przykład lody kokosowe: mrożone mleczko kokosowe z dodatkami: orzeszkami, syropem i kawałkami chleba tostowego (??). Słodkie i bardzo kokosowe, przyjemnie jedwabiste w konsystencji.  Koszt: 1-2 RM. Czasem lody występują w wersji full wypas, czyli w wydrążonej skorupie kokosa. Małpy w okolicy patrzyły na nasze lody głodnym wzrokiem, ale ich smak był tak pyszny, że nie podzieliłyśmy się z malpkami ani odrobinką. Cóż.

SAM_2598

W ciągu dnia jako że gorąco, coś trzeba wypić. Napoje są raczej w typie malezyjskim, zauważyłam jednak mnóstwo gotowych herbat w butelkach – zdecydowanie więcej niż w jakimkolwiek sklepie w KL. Można dostać nawet herbatę bez cukru – co jest naprawdę zaskakujące, bo zwykle Azjaci słodzą na potęgę.

Jest też piweczko lokalne, o nazwie Chang. Ma na etykiecie słonia i jest niezłe. Chociaż ja tam piwnym ekspertem nie jestem, jedno jest pewne: cenowo alkohol jest o wiele bardziej dostępny niż w Malezji! (butelka ok 3 RM)

SAM_2491

Inna sprawa: lokalna czerwona Fanta. (tu w zestawie z Colą)

DSC_0009

Nie wiem czemu (jak wiecie, to dajcie znać), ale czerwona Fanta jest ulubionym darem dla Buddy – w różnych miejscach miasta można znaleźć posągi Buddy a przed nimi dziesiątki otwartych, szklanych buteleczek Fanty z wsadzoną do nich słomką. Może Budda lubi konkretnie ten napój? Ciekawostka.

DSC_9587

Najlepsze nadchodzi wieczorem!

Jedną z opcji na kolację jest wizyta na lokalnym „pływającym targu”.  W Hat Yai jest to opcja turystyczna : panie i panowie siedzą pięknie uczesani i umalowani na łódkach i sprzedają jedzenie i napoje. Wyglądają pięknie, bo oczywiście wiedzą, że będą fotografowani.

DSC_0233

A co można kupić? (tanio, to fakt)

Napoje: soki w bambusie albo w glinianym naczyniu z Hello Kitty, 2 RM – słodkie!

DSC_0236

Zupa i smażone mięsko barbecue na patyku:

DSC_0239

Słodycze

DSC_0251

Sushi (??), 0.5 RM za sztukę

DSC_0253

Gotowana kukurydza: opcja klasyczna oraz kolorowa (biało-fioletowa) – obie opcje smakują tak samo, zdegustowałam.

DSC_0256

Pan po lewej: parówka w cieście smażona w głębokim tłuszczu i polana sosem (pycha!), pani z prawej deser kokosowy z żelkami.

DSC_0255

W przypadku owego pływającego targu trzeba też wziąć pod uwagę pogodę – w przypadku deszczu jest nieciekawie, bo miejsc zadaszonych jest niewiele. Złapał nas tam niewielki deszcz monsunowy i jedna ze sprzedawczyń w budce na lądzie przygarnęła nas do siebie. Miło, chociaż nie byłyśmy w stanie pogadać ze względu na barierę językową.

Druga opcja na kolację: w naszym przypadku festiwal rolniczy, o którym pisałam wcześniej. Bardzo ważną częścią festiwalu było oczywiście jedzenie!

Jeszcze tańsze niż na targu, świeżo przygotowywane – pyszności!

Dim Sum na patyku, 1.5 RM za sztukę. Dobre ale jak dla mnie niedosmaczone. Poprosiłam o sos chilli osobno i po namoczeniu w nim patyczków smak się pojawił. Szczególnie smakowały mi zielone, ale nie wiem dokładnie co w nich było. Mięso i krewetki, to na pewno.

DSC_9611

Świeże i solone rybki:

DSC_9616

Tanie sushi (znowu) – chociaż to właściwie nie tyle sushi, co wyrób sushi-podobny.  W środku ma tylko ryż, a ewentualną rybę na wierzchu. Mimo to – warto spróbować, bo tanie!

DSC_9640

Tajskie bezy w słodkim chrupiącym cieście, z posypką i żelkami. Tyle dobra za 2 RM!

DSC_9614

Chrupiące przekąski ze smażonej… świńskiej skóry. Brzmi średnio, ale smakuje jak prażynki. Całkiem smaczne, w życiu bym nie powiedziała że to z wieprzowiny.

DSC_9655

Festiwalowy hit – ciasto pandanowe robione na parze. Przy stoisku non stop stała długa kolejka Tajów i było to jedyne stoisko przy którym trzeba było wziąć numerek i czekać na swoją kolej – podejrzewam że bez numerków ludzie pchali się bez ładu i składu. Ciasto drożdżowe (chyba), robione świeżo w maszynie parowej. Na wierzchu udekorowane rodzynkami. W smaku jest nie za słodkie, bardzo puszyste i bananowo-pandanowe. Pyszne! Trochę jak poznańska pyza, tyle że słodkie i mniej zbite.

SAM_2602

No i oczywiście słynny mango sticky rice (3 RM)

SAM_2493

A tu jeszcze kilka przeróżnych dań spotkanych po drodze.

DSC_9656 DSC_9651 DSC_9646 DSC_9643 DSC_9636 DSC_9629 DSC_9615

Podsumowując: polecam Tajlandię, ale jedźcie tam koniecznie z pustym żołądkiem!

Reklamy