Nie wiem jak to się dzieje, ale weekendy w Malezji upływają zadziwiająco szybko i tak naprawdę nie mam na nic czasu poza zwiedzaniem i odkrywaniem kolejnych gastronomicznych niespodzianek. Tak więc nawarstwiło się parę wizyt i historii które chciałabym opisać – proszę o cierpliwość, chwilkę to potrwa!

Od soboty rozpoczęły się nieoficjalne obchody święta Deepavali (vel Diwali), które dla hindusów ma znaczenie mniej więcej takie, jak Gwiazdka dla chrześcijan. Jest to święto światła, symbolizujące zwycięstwo dobra i światła nad demonem ciemności.

Więcej informacji o Diwali można znaleźć tu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Diwali (strona po polsku).

Oficjalne obchody Deepavali przypadają we wtorek 13 listopada, ale już od soboty można było poczuć nastrój indyjskiego święta. Wszędzie sprzedawane są lampki choinkowe i świece w kształcie „łezki” do udekorowania domów, kolorowe lampiony z życzeniami, kartki świąteczne i słodycze.

Jako że Deepavali symbolizuje nowy początek (życia, roku itp), każdy hindus powinien przed/w trakcie Deepavali zakupić sobie coś nowego, zwykle ubranie/biżuterię lub mebel. Dlatego też jak grzyby po deszczu wyrastają w mieście bazarki indyjskie sprzedające kolorowe sari, błyszczące szale, biżuterię ze sztucznymi diamencikami i obrazy z Ganeshem (bogiem z głową słonia) i innymi postaciami z mitologii indyjskiej. Wszystko oczywiście „super jakości” i w śmiesznej cenie (oznacza to, że cena jest wysoka dla mnie jako dla białej, ale potrafi być 80% niższa jeśli kupuje starsza pani induska potrafiąca się targować!).

Najbardziej widocznym znakiem zbliżających się świąt są tzw. Rangoli, czyli dekoracje usypane na podłodze, z ryżu lub piasku w różnych kolorach. Zwykle przedstawiają one pawia, który jest symbolem Diwali. Rangoli sa bardzo pracochłonne i wystarczy jeden mały błąd aby zniszczyć cały obraz. Rangoli często są spotykane w centrach handlowych, ogrodzone barierkami. Raz byłam świadkiem jak mała dziewczynka zupełnie niechcący weszła za barierki i odcisnęła stopę na rangoli. Jej rodzice mieli potem spore nieprzyjemności z ochroną sklepu – w przypadku nawet tak drobnego nadepnięcia cały piaskowy obraz trzeba usypać od nowa (lub choćby jego większą część).

Każde centrum handlowe ma własne rangoli, większe lub mniejsze i dość popularne jest zwiedzanie sklepów podczas Diwali i porównywanie różnych rangoli- trochę tak, jak na Gwiazdkę niektórzy odwiedzają różne kościoły żeby obejrzeć szopki. Poniżej rangoli w centrum handlowym Midvalley:

W niedzielę wybrałam się z Ayie (Filipiny), Pavanem (Indie) i Karen (Hong Kong) na typowy bazar z okazji zbliżających się świąt. Znajdował sie on zaraz obok stadionu miejskiego, na dużej powierzchni wewnątrz klimatyzowanego namiotu. Całe szczęście za klimatyzację, bo było tam ponad 100 różnych stoisk i naprawdę mnóstwo ludzi, bez odpowiedniego chłodzenia chyba nikt by nie wytrzymał dłużej niż 5 minut. Można było tam kupić dosłownie wszystko! Ręcznie robione buty, torebki, ubrania, szale, przekąski, nawet sesje fotograficzne dla nowożeńców. Przejście całego bazaru zajęło nam 2 godziny! Ale było owocne – Karen kupiła indyjskie buty wyzszywane koralikami a Ayie kolczyki. Ja sama nauczona doświadczeniem powstrzymałam się od zakupów (mam już sporo indyjskich bajerów w domu w Poznaniu). Z przyjemnością za to obserwowałam jak Pavan targuje się ze sprzedawcami używając hindi i żywo gestykulując. Zawsze chciałam nauczyć się porządnie targować, ale jakoś chyba nie mam do tego zdolności…

Po wyjściu z bazaru zrobiliśmy sobie przerwę na degustację indyjskich słodyczy. Cieszyłam się na to jak dzieciak, bo większość słodkości jadłam ostatnio 2 i 3 lata temu, podczas moich wizyt w Indiach. Udało nam się dostać ladoo (kule zrobione z jakby surowego ciasta, bardzo mleczne, doprawione kardamonem, goździkami i szafranem), jalebi (mój przysmak z Barody: pasta cukrowa smażona w kształcie ślimaczków), migdałowe kwadraty okraszone srebrną farbką z zewnątrz i migdałowo-szafranowe okrągłe ciasteczka. Wszystko naprawdę przepyszne, ale ekstremalnie słodkie – nie dało się tego zjeść bez popicia wodą. Oprócz wody popijaliśmy też mango lassi, czyli mój ulubiony indyjski napój jogurtowy zmiksowany z mango.

Potem przenieśliśmy się do centrum miasta na mały spacer po Little India, czyli dzielnicy Kuala Lumpur zamieszkanej właściwie wyłącznie przez Indusów.  Są tu indyjskie restauracje, sklepy, świątynie, centra rozrywki… Wszystko pachnące kadzidełkami i słodkimi przyprawami. Tu też zjedliśmy kolację – przepyszne malai kofta, czyli kulki z sera i ziemniaków w kremowym korzennym sosie, dosa – kruchy naleśnik z mąki soczewicowej z sosami z kokosa, miętowym i soczewicowym, ryż z warzywami i paneer naan – placek z serem w środku. Do picia wystęskniona przeze mnie indyjska maślanka, tzw butter milk, która smakuje jak polska poza tym że zawiera sproszkowane chilli i przyprawy (nieco pali w gardle). Mniam!

Pod koniec dnia przeszliśmy się jeszcze do indyjskiego supermarketu, gdzie kupiłam gulab jamun – indyjskie pączki w syropie (planuję świętować nimi wtorek, czyli dokładnie dzień Deepavali) i tematyczną dekorację do zwieszenia w pokoju.

Typowy stragan:

Wspaniały dzień! A wtorek jest dniem wolnym od pracy, więc na pewno wybiorę się do dzielnicy indyjskiej poobserwować fajerwerki i występy taneczne.

*Przy okazji pozwolę sobie wyjaśnić nazewnictwo związane z mieszkańcami Indii, używane przeze mnie w tekście:

-Indus to mieszkaniec subkontynentu indyjskiego, każdego wyznania

-hindus to mieszkaniec indii wyznający religię hindu