Sobota, czyli dzień w którym zamieniam się w turystę!

Tym razem zaplanowałam całkowicie indyjski dzień, czyli zwiedzanie Jaskiń Batu a potem przechadzkę po indyjskiej części Kuala Lumpur – Brickfields. Jako ekspert – no, powiedzmy- kultury indyjskiej, przyjęłam rolę przewodnika.

Rano spotkałam się z Kathleen z Filipin na przystanku autobusowym – i w drogę! Zanim dotarłyśmy na stację kolejową, zaobserwowałam kolejne szalone malajskie zjawisko – motocyklistów jeżdżących pod prąd po chodniku. Było ich naprawdę sporo! Jest to chyba kolejna rzecz, dzięki której czuję się mało pewnie idąc wzdłuż drogi albo przechodząc przez ulicę. To naprawdę wyzwanie!

Po ok. 45 minutach dotarłyśmy na stację kolejową skąd kolejką podmiejską udałyśmy się do świątyń Batu. Jechałyśmy w wagonie zarezerwowanym „tylko dla Pań” – bardzo komfortowa sprawa! Po wagonie co jakiś czas przechodził ochroniarz i wypraszał panów, którzy z niewiedzy lub lenistwa usiedli w „różowej” części pociągu. Czułam się naprawdę bezpiecznie – nie dlatego, że mężczyźni tu są jacyś nachalni, ale po prostu w wagonie dla kobiet jest zwykle mniej osób, można usiąść i nie ma zbyt dużo możliwości ruchu dla złodziei torebek. (kradzieże biżuterii i torebek są w KL dość powszechne, dlatego np idąc wzdłuż drogi należy mieć torebkę zarzuconą na ramię po zewnętrznej stronie szosy – zdażają się przypadki, że motocykliści chwytają torebkę z ramienia i uciekają)

Po około 30 min jazdy udało się –dotarłyśmy! Po wyjściu ze stacji od razu zauważyłyśmy rozstawione stoliczki przy których można było zrobić sobie mehendi – wzorki z henny na dłoniach. Bardzo ładne, ale nie skorzystałyśmy póki co, zamierzam zainwestować w mehendi przy okazji indyjskiego święta, np Diwali w listopadzie.

Przy bramie do Świątyń Batu przywitał nas ogromny posąg Hanumana – hinduskiego boga, przedstawianego jako zielona małpa. Takie same posągi widziałam w okolicach Barody będąc pierwszy raz w Indiach!

Zaraz obok posągu stio hinduska świątynia- bardzo typowa, kolorowa i pachnąca orientalnymi kadzidełkami. W środku znajduje się „dom” bóstwa, do którego dostęp mają tylko kapłani (można ich rozpoznać po charakterystycznych „szortach” drapowanych z materiału na biodrach i przewiedzonym przez ramię świętym sznurze). Wierni przynoszą świeże owoce i kwiaty dla bóstwa, które przekazują kapłanom, a w zamian otrzymują słodycze i tikkę, czyli czerwoną kropkę na czole, która symbolizuje błogosławieństwo. Akurat trwały modlitwy, więc nie chcąc przeszkadzać, oglądałyśmy wszystko z zewnątrz.

Ku mojemu zdziwieniu, obok świątyni znajdowała się kolejna- i jeszcze kolejna! Prawdziwy raj, jeśli ktoś jest hindusem i ma ochotę na maraton modlitewny.

Czekała nas spora przeprawa – ponad 200 schodów w górę aby dostać się do jaskiń- więc postanowiłyśmy najpierw posilić się obiadem. Oczywiście – indyjskim,100% wegetariańskim!

Wybrałam thali, czyli talerz z  ryżem i kilkoma sosami o różnym stopniu ostrości i świeżymi warzywami. Strasznie dawno tego nie jadłam- ostatnio chyba w Jaipurze! Pyszne! A jedzone rękami nabiera jeszcze lepszego aromatu. Do tego woda z kokosa. Mmmm!

Przemiły pan kelner postawił nam jeszcze na stole zestaw sosów którymi można było dodatkowo polewać sobie jedzenie. Trochę ostre, ale pyszne!

A to smażony makaron, tzw. Mee goreng, który jadła Kat: (bardziej malajskie danie)

Po jedzeniu- wspinaczka! U stóp schodów prowadzących do jaskiń stoi wielki (43 metrowy) złoty posąg boga Murugan. Naprawdę robi wrażenie! Jest to najwyższy na świecie posąg tego konkretnego boga, zbudowany za 24 mln rupii indyjskich (1,5 mln zł).

A za posągiem… Majestatyczne schody! 272 stopnie, bardzo wysokie, dodajcie do tego wysoką wilgotność powietrza i brak cienia – każdy wspinający się do świątyń kończy kompletnie spocony. Ale za to schody są niemałą atrakcją – bo siedzą na nich małpy, a właściwie całe małpie rodziny. Sprytne zwierzątka wiedzą, że turyści zwykle mają ze sobą coś do jedzenia, więc wyciągają łapki prosząc o ciastko albo owoc. Słodkie, ale przy tym trochę straszne, bo mają naprawdę spore zęby i pazurki!

A to już na szczycie, przy wejściu do jaskiń:

Posągi indyjskich bóstw:

W drodze powrotnej byłyśmy proszone o zrobienie sobie zdjęć z niektórymi zwiedzającymi – czułyśmy się jak atrakcja – nawet większa niż małpy!

Rozładował się też aparat, więc dalsze zdjęcia są już znalezione przeze mnie w internecie.

Brickfields to dzielnica Kuala Lumpur zamieszkana głównie przez mniejszość indyjską, przez co wygląda naprawdę jak przeniesiona żywcem z Bombaju czy Delhi. Nawet śmieci jest tu więcej, chociaż nie ma krów na ulicach. Są za to kolorowe dekoracje, sklepy z przyprawami i bransoletkami i mnóstwo wegetariańskich restauracji. Kobiety chodzą ubrane w tradycyjne kolorowe sari lub salwar kameez (tunika ze spodniami), a mężczyźni w typowym indyjskim zestawie: długie spodnie +luźna koszula wsadzona w spodnie.

Spędziłyśmy dobre pół godziny w sklepie z biżuterią, przymierzając coraz to bardziej kiczowate naszyjniki i bransolety – nie było ani jednej gładkiej sztuki, wszystkie błyszczały setkami diamencików, błyszczących kamieni, sztucznym złotem.. Miło popatrzeć, ale ten styl to jednak nie dla mnie.

Podsumowując – świetny dzień!

Reklamy