Kolejny wspaniały weekend w Kuala Lumpur!

Pogoda dopisuje, na zewnątrz jakieś 30 stopni i słoneczko, co więc można robić w sobotnie popołudnie?

Oczywiście – można iść na łyżwy!

To nie żart- Kuala Lumpur naprawdę oferuje tego typu rozrywki, mimo tropikalnego, gorącego klimatu. Brzmi absurdalnie? Właśnie dlatego tak strasznie chciałam tego spróbować!

Wybraliśmy się grupą hiszpańsko-portugalsko-brazylijsko-węgiersko-jemeńską do Centrum Handlowego Sunway, którego główną atrakcją jest właśnie ogromne lodowisko.

I w tym momencie parę słów o Sunway: jest to najbardziej kiczowate centrum handlowe (i ogólnie przestrzeń publiczna), jaką kiedykolwiek widziałam!

Pełna nazwa tego miejsca to Sunway Pyramid. I całość utrzymana jest w klimacie egipskim (powiedzmy). Na początek: wejście w kształcie lwa, któremu w nocy świecą się oczy:

W środku: kiczowate, sztuczno-kolorowe wnętrze pełne „fresków egipskich” i „pochodni” z ogniem który jest żarówką zakrytą czerwonym kawałkiem plastiku. Najbardziej powaliły mnie „freski staroegispskie” przedstawiające egipcjan korzystających z laptopa albo stojących w kolejce do bankomatu. Piękna sprawa.

Centrum jest wielkie (jak na europejskie standardy), ma chyba 5 pięter z naprawdę wieloma sklepami. Co więcej, pomiędzy piętrami działa karuzela typu diabelski młyn:

Kiedy już ochłonęłam po tej wielkiej dawce kiczu, która przywitała mnie w Sunway, byłam w stanie jakoś dojść do lodowiska. Po drodze chwyciliśmy jeszcze obiadek (McDonalds, fuj!), czyli hamburger w stylu japońskim, w dziwnym czerwonym japońskim napojem do tego. Dziwna sprawa, ale przynajmniej zjadłam coś azjatyckiego, a nie amerykańskiego.

Lodowisko jest usytuowane na dolnym piętrze centrum handlowego, w atrium. Jest naprawdę duże- większe nawet od tych naszych poznańskich: Bogdanki i Malty.

Aby wejść na lodowisko, trzeba najpierw kupić bilet, rękawiczki i skarpetki (jeśli ktoś nie ma). Łyżwy w wypożyczalni są typu „figurówki”, po prostu miękkie. Uważam to za błąd – usztywniane łyżwy są o wiele lepsze, szczególnie w miejscach, gdzie 99% osób to początkujący łyżwiarze, a miękkie łyżwy ułatwiają skręcenie kostki i utrudniają utrzymanie równowagi. Nawet ja miałam problem z jazdą – w Poznaniu na lodowiskach zawsze wypożycza się twarde, plastikowe łyżwy i komfort jazdy jest zupełnie inny.

No ale cóż- najważniejszy był sam fakt jeżdżenia na łyżwach w tropikalnym kraju! Trochę pomogłam dziewczynom z Portugalii i Brazylii, jako że to był ich pierwszy raz na lodzie. Było ślisko, mokro, ale i tak udało nam się przetrwać bez szczególnych uszkodzeń ciała.

W trakcie jazdy- niespodzianka! Na scenie przy lodowisku odbył się występ boysbandu, grającego covery topowych piosenek pop. Zepół wyglądał jak boysband typu Backstreet Boys i nazywał się „London Boys” .

Na lodzie przez cały czas krążyła „Ice police” czyli służby pilnujące porządku i przypominające o zakazie robienia zdjęć („Tylko przez profesjonalnego fotografa Sunway, koszt 1 zdjęcia 25 RM”!), ale jakoś udało nam się nielegalnie kliknąć parę fotek.

Po zdjęciu łyżew udaliśmy się na zasłużony wypoczynek w kawiarni Rainforest, czyli miejscu stylizowanym na wnętrze dżungli – oprócz małp na ścianach i palm w doniczkach klimatu dopełniało światło, które było.. zielone. Ciekawe miejsce.

W niedzielę- atrakcji ciąg dalszy!

Zdecydowaliśmy się na spędzenie dnia w Lake Gardens- oazie zieleni w środku Kuala Lumpur. Ten ogromny kompleks parkowo-leśny kryje w sobie m.in. ogród orchidei, hibiskusów, jeleni, ptaków i wiele innych.

Zaczęliśmy od wizyty w Planetarium, gdzie obejrzeliśmy film o burzach i wybuchach na Słońcu. Wrażenie świetne, bo film ogląda się na wielkiej okrągłej kopule budynku, leżąc na fotelu/leżaku. Naprawdę można poczuć ogrom słońca i kosmosu!

Potem zwiedziliśmy wystawę związaną z podbojem kosmosu przez człowieka. Mieliśmy dużo frajdy wsiadając do łóżka astronauty (zapinany worek w pozycji pionowej), chodząc po „pokoju grawitacynym”  czy próbując złożyć prosty zestaw klocków mając ubrane grube rękawice astronauty.

Ostatnim punktem wizyty w planetarium był wjazd na wieżę widokową – oglądanie Kuala Lumpur przez wielkie lornetki było świetnym przeżyciem! Chociaż mnie najbardziej ciekawiły tropikalne ptaki z ogrodu ptaków położonego niedaleko – używając lornetki można je było zobaczyć naprawdę dokładnie i blisko!

A to budynek planetarium:

Następny przystanek- malezyjska kopia angielskiego, kamiennego kręgu Stonehenge. Mniejsza niż oryginał, ale i tak robi wrażenie. (ta z przodu na zdjęciu to ja, po prawej Bea a z lewej koledzy z Rosji i Grecji)

Po drodze zawitaliśmy jeszcze do parku jeleni, czyli mini-zoo poświęconemu wyłącznie jeleniowatym i im podobnym. Poza dużym wybiegiem dla jeleni i saren, największą atrakcją był mouse deer – skrzyżowanie myszy i jelenia. Bardzo dziwne zwierzę, ale faktycznie ma cechy obu ssaków. Poniżej zdjęcie.

Lunch zjedliśmy w restauracji będącej na terenie parku ptaków tropikalnych. Siedząc na tarasie można się tam nieźle przestraszyć – ptaki siadają na drzewach obok i jeśli widzą smakołyk (zazwyczaj frytki), podlatują i wyciągają jedzenie z talerza. Dlatego też każdy stolik dostaje spryskiwacz z zimną wodą, którą można potraktować nachalnych gości.

Po obiedzie udało nam się jeszcze pospacerować po ogrodzie orchidei i hibiskusów. Hibiskus to narodowy kwiat Malezji, dlatego można go wszędzie zauważyć, w mieście są nawet fontanny w kształcie kwiatów hibiskusa i latarnie fantazyjnie zakończone w kwiatowy wzór.

Dzień zakończyliśmy na spotkaniu grillowym dla obcokrajowców w Kuala Lumpur. Udało mi się nawet poznać kilku Polaków! Wszyscy zgodnie twierdzą, że Malezja jest wspaniała i polecają zostać tu na 2-3 lata (tak podobno robi większość obcokrajowców – po prostu zakochują się w tym kraju).

A teraz kącik gastronomiczny- tym razem bohaterem tygodnia zostało doświadczenie kulinarne o nazwie Steamboat. Chińskie „fundue”, tak bym to nazwała. Jak twierdzą moi współlokatorzy, steamboat to taka okazja do spotkania się ze znajomymi i wspólnego gotowania, tyle że nie w domu a w knajpie. Polega to na tym, że każdy stolik dostaje duży garnek z gotującą się zupą (my mieliśmy 2 rodzaje) który stawia się na palniku gazowym na stole. Obok, na drugim palniku stoi patelnia.

Wybiera się dowolne owoce morza, kawałki mięska albo warzyw i wrzuca się je do gotującej się zupy. Ewentualnie można też niektóre rzeczy podsmażyć na patelni zamiast gotowania. W naszej zupce pływały m.in. duże krewetki, kulki mięsne, kulki rybne, kawałki wieprzowiny, chińskie pierożki mięsno-krewetkowe,  grzyby chińskie, muszelki okrągłe i podłużne i kawałki kraba. Na patelnię wrzuciliśmy mini-kraby, jajka, satay (mięso na patyku) i zamarynowaną rybę. Steven pełnił funkcję głównego kucharza, mieszając w garnku i podsmażając wszystko na patelni. Jedzenie było przepyszne! Jeśli dodam, że posiłku dopełniła świeża woda kokosowa pita wprost ze skorupy, to mogę chyba uznać kolacyjny steamboat za jeden z najlepszych posiłków tutaj!

Na deser wziąliśmy azjatycki torcik naleśnikowy- naprawdę zrobiony z dziesiątek naleśników przełożonych nadzieniem! Pyszne!

Tak wpaniały weekend bardzo pozytywnie mnie nastroił na cały nadchodzący tydzień! A przyszły weekend- kto wie! Nadchodzi festiwal ciastek książycowych (mooncake festiwal), więc mam nadzieję na doświadczenie chińskiej kultury z tej okazji.

Reklamy