Pierwszy dzień w nowej pracy! Na początek mała wpadka – poinformowana o obowiązującym dresscodzie „smart casual” postanowiłam włożyć spodnie, top i marynarkę. Okazało się, że „smart casual” dla Malajów oznacza po prostu cokolwiek, byle nie szorty. Mój szef na przykład, powitał mnie w starych znoszonych dżinsach, tshircie i butach typu „crocksy”. Cóż, teraz już wiem, jak się nie ubierać 🙂

Dodatkowo przed wejściem do biura zdejmuje się buty i wszyscy chodzą na boso, więc raczej nie skorzystam z wysokich obcasów ani innych zabójczych wynalazków.

Firma „Redtick” w której pracuję jest dość mała, powstała zaledwie 2 lata temu, ale prężnie się rozwija. (strona firmy: http://www.redtick.com.my)

Pracuję w dziale marketingu i sprzedaży, łącznie są nas 4 osoby plus szef. Firma mieści się w przemysłowej dzielnicy miasta, w magazynie. Na dole trzymane są produkty i rezyduje tam dział logistyczny, natomiast nad magazynem zlokalizowane jest nasze biuro administracyjne.
Wszyscy pracownicy są bardzo mili i ciepło nas powitali, zostałyśmy też (ja i Kathleen) zabrane na lunch przez dziewczyny z naszego działu (tym razem kuchnia indonezyjska: zupa z kapustą, mięsem i kluskami).
Szef jest bardzo zaangażowany we wdrażanie nas w funkcjonowanie firmy i dlatego zamiast teoretycznie wyjaśniać nam, jak funkcjonują supermarkety w Kuala Lumpur, po prostu zabrał nas na kilkugodzinne badania w terenie – odwiedzaliśmy różne typy sklepów, charakteryzowaliśmy konsumetów i cechy produktów itp. Naprawdę dużo się dowiedziałam!
Dodatkowo przedstawiono nam podstawowe informacje o społeczeństwie w Malezji:
*Mieszkańcy Malezji są bardzo różnorodni pod względem etnicznym, a 3 główne grupy to Malajowie, Chińczycy i Indusi.
Malajowie – ok 60-65% społeczeństwa, zwykle piastują posady rządowe i administracyjne, zajmują się też polityką
Chińczycy- ok. 20% społeczeństwa, zajmują się biznesem i bywają tanią siłą roboczą. Bardzo silnie wpływają na gospodarkę kraju.
Indusi- ok. 10%, dzielą się na 2 grupy: bogatych, dobrze wykształconych, jak np. doktorzy lub prawnicy, oraz biednych, zazwyczaj cieciów i parkingowych. Bardzo silnie spolaryzowana grupa.

Mieszkańcy Kuala Lumpur UWIELBIAJĄ supermarkety i sam proces chodzenia na zakupy. Centra handlowe są OGROMNE, tak jak i same markety: wielokrotnie większe niż te w Polsce! Chodząc po lokalnym Tesco i Carrefourze nie mogłam się odnaleźć, są one po prostu zbyt duże powierzchniowo jak dla mnie.
Nawet o godz. 14, przed zakończeniem pracy przez większość osób, parkingi przy centrach handlowych są całkowicie zapchane. Nie mam pojęcia jak i dlaczego, ale tak po prostu jest.

Znalezienie wolnego miejsca na parkingu jest prawie niemożliwe, np. w centrum handlowym Midvalley (3. największe centrum handlowe Azji) szukaliśmy miejsca przez 20 minut. Ludzie zastawiają inne samochody, parkują „na drugiego” albo i „na trzeciego”. Kompletne szaleństwo. Ale zawsze wtedy zostawiają za szybą kartkę ze swoim numerem telefonu, jeśli ktoś chce wyjechać i jest zablokowany, po prostu dzwoni do właściciela samochodu i prosi o odblokowanie. Proste.

Na kolację wybrałam się z współlokatorami do tzw. food court, czyli miejsca, gdzie zlokalizowanych jest naraz mnóstwo budek, czy raczej wózków serwujacych świeże, różnorodne potrawy. Większość stoisk specjalizuje się w tylko jednym daniu, które jest udoskonalane przez kolejne pokolenia kucharzy. Typowo malajskie miejsce. Poniżej przykładowy food court:

Sam proces zamawiania jedzenia jest ciekawy- wybiera się stolik, sprawdza jego numer, potem chodzi od stoiska do stoiska i zamawia co się chce, podajac numer stolika. Po powrocie do stolika podchodzi osobna kelnerka zajmujaca się wyłacznie napojami. Potem poszczególni sprzedawcy przynosza zamówione jedzenie (zazwyczaj w bardzo różnym czasie, więc synchronizacja całego posiłku nie jest możliwa). Płaci się po przyniesieniu dania do stolika.

A dzisiejsza kolacja zamówiona w food court były: (nie jadłam oczywiście wszystkiego, tylko próbowałam)

ryba pieczona na liściu bananowca (dobre, ale z bardzo ostrym sosem!)


Lala, czyli muszelki w pikantnym sosie (pyszniutkie!)


ryż po tajsku (spodziewałam się bardzo ostrego i wyrazistego smaku, a było tak sobie)

 

PS Mam ostatnio problemy z literą „ą” na blogu więc z góry przepraszam za wszystkie błędy!

Reklamy