Dziś nieco o chińskiej mniejszości w Malezji, która jest bardzo widoczna a sferze publicznej, szczególnie ostatnio. Odbywa się właśnie tzw. Mid-Autumn festival, czyli święto środkowo-jesienne, a tak naprawdę święto księżyca.

Na ulicach i w sklepach wszędzie rozłożone sa tzw. mooncakes- okragłe ciastka w kształcie księżyca, bogato zdobione. Dość drogie, ok. 10-13 zł za 10-centymetrowe ciastko. Oczywiście znalazłam darmowa degustację tego specjału i orzekam: jest dobre.  Chrupkie, kruche ciasto z zewnatrz, w środku karmelowo-galaretkowe nadzienie. Podaje się to na ciepło.  Ludzie naprawdę szaleja na punkcie tych słodyczy, a znaleźć je można w przeróżnych kolorach: żółte, zielone i nawet fioletowe.

Ale wracajac do samego święta: głównym jego celem jest obserwowanie księżyca, spędzanie czasu z rodzina i wcinanie ciastek. Genezy święta (wg moich znajomych chińskich źródeł) sa 2:

*romantyczna historia kochanków rozdzielonych przez los (muszę ja gdzieś znaleźć, bo nie znam szczegółów)

*polityczna: w czasach Mongołów ludzie próbowali zniszczyć swojego władcę przesyłajac sobie ciastka zawierajace ukryta wiadomość o rebelii. Ciastka zaraz po przeczytaniu wiadomości były jedzone, aby zatrzymać informacje w tajemnicy.

Wieczorami na niebie widać mnóstwo kolorowych fajerwerków (które nie daja mi spać, ale za to sa naprawdę piękne).

Tak więc dzisiejsze święto postanowiłam uczcić poprzez kolację w chińskiej restauracji i ambitne postanowienie nauki jedzenia pałeczkami. Pałeczki niestety na pierwszy raz mnie przerosły i skończyłam z nożem i łyżka w rękach, ale jedzenie i tak było przepyszne. Byłyśmy w małej restauracji w okolicy, z menu dostępnym wyłacznie po chińsku (wisiało na ścianie, dawało to nieskończone możliwości dla mojej interpretacji chińskich znaków w oczekiwaniu na posiłek, przy czym moja niewiedza w zakresie tego języka została lekko wyśmiana, bo w KL naprawdę wiele osób zna choćby jego podstawy). Rachunek który otrzymaliśmy, również po chińsku, wklejam poniżej.

Delektowałyśmy się m.in. ciemna zupa/rosołem z pływajacymi kawałkami wieprzowiny, tofu i dziwnym, delikatnym „andrutem” wygladajacym jak skóra kurczaka (nie mam pojęcia co to! Dajcie znać jeśli kojarzycie o co chodzi), do tego smażone kawałki chińskiego „chleba” do maczania w zupie, plus ryż i sałatka z kapusty i krewetek. Dodatkowo w małych miseczkach można sobie dogodzić mieszanka drobno pokrojonego czosnku, świeżej papryczki chilli i sosu sojowego. (daje kopa, ale w małej ilości jest naprawdę pyszne i pasuje do reszty).

Wszystkie stoliki w restauracji maja conajmniej 4 krzesła, je się z 1 miski – każdy macza w niej swój chleb czy co tam ma. A do picia oczywiście chińska zielona herbata, własnoręcznie zalewana wrzatkiem z maszyny (momentalne skojarzenie z „wielka dolewka).

W zwiazku z wciaż trwajacym strajkiem aparatu foto, zdjęć nie będzie. Będzie za to trochę znalezionych w necie ilustracji i foto rachunku zrobione laptopem. I tyle.

Kończac, dodam tylko że moi współlokatorzy to 4 chinczycy – sa naprawdę fantastyczni i kompletnie rozbili mi stereotypowe myślenie o zamkniętych w sobie, cichych i spokojnych skośnookich.

Pozdrawiam i życzę wszystkim pogody w stylu Malezyjskim (30 stopni, ale bez gryzacego słońca, a wieczorem idealne 24 stopnie).

PS Właśnie zauważyłam, że piszę chyba tylko o jedzeniu. Z góry przepraszam, ale staram się omijać nudne watki, takie jak dzisiejsza wizyta w Urzędzie Imigracyjnym i chodzenie od okienka do okienka przez pół dnia…

Reklamy