Dzisiaj udało mi się zrealizować jeden z żelaznych punktów w moim malezyjskim planie: zobaczenie wież Petronas Towers. Sa to drugie najwyższe na świecie bliźniacze wieże. W nocy robią naprawdę piorunujący efekt, migocząc jak zelektryzowane.

Udało mi się je zobaczyć w ramach wycieczki na targi książek które odbywają się w Kuala Lumpur Convention Centre (tzw. KLCC- budynek stojący po sąsiedzku do Petronas Towers).  Dostałam informację, że jest to coroczne wydarzenie, bardzo duże, i książki tam dostępne można kupić z naprawdę wielkimi zniżkami.

Okazało się, że sam wstęp na targi jest płatny, 2,5 RM (2,5 zł). Każdy odwiedzający dostawał opaskę na rękę (w stylu opaski w hotelach all inclusive) i przygruby przewodnik po promocjach.

Targi składają się z 2 części: angielskiej i chińskiej.

W tej pierwszej rzeczywiście duży wybór różnego typu czytadeł bardzo dobrej jakości w języku angielskim. Co ważniejsze- promocje naprawdę sa fantastyczne!

Znalazłam album z mapami większych miast malezyjskich i 2 książki o kulturze i etykiecie w Singapurze i na Borneo. W sumie cena przed obniżką: 158 RM. Po obniżce: 28 RM. To się nazywa dobry interes!

W części chińskiej zostałam kompletnie przytłoczona chińskimi literami torpedującymi ze wszystkich stron. Do tego w wielu miejscach grał chiński pop, można było kupić płyty chińskich i wietnamskich boysbandów, a starsze panie rozdawały wszystkim chętnym chińskie mądrości ludowe na malutkich karteczkach. Do tego moje ulubione słowo na „d”, czyli degustacja, tym razem chińskiej herbaty. Na koniec wciśnięto mi w rękę chińska gazetę, może sobie poczytam w wolnej chwili 😉

Po południu dotarliśmy do japońskiego skrzydła w centrum handlowym, zwanym Tokyo Street. Pierwsza rzecz, która od razu rzucała się w oczy, to ilość automatów z zabawkami/figurkami/duperelami stojących na alejkach. Setki! Wszystkie z zabawek równie brzydkie: Hello Kitty, japońskie roboty mangowe, jakieś metalowe bączki do gry. Jednak największe wrażenie robiła największa maszyna, z której wylosować można było wielkie plastikowe jajo wielkości olbrzymiej. W środku były gry planszowe i jakieś większe gadżety z serii Hello Kitty.

Przechodząc ulica pełna restauracji, zauważyłam pewna cechę: wszystkie japońskie lokale wystawiają na wystawach atrapy swoich potraw na talerzach. I w większości wisza one pionowo, aby być lepiej widoczne. Japońskie kluski lewitujace nad ziemia na talerzu i łamiace zasady grawitacji robia wrażenie! Wyglada to mniej więcej tak:

Wieczorem, żeby dopełnić ogólnoazjatyckiego klimatu, zawędrowaliśmy do deserowni „Snowflake” serwujacej desery z Tajwanu. To, co otrzymaliśmy w miskach kompletnie nie wyglądało ani nie smakowało jak deser (wcale nie było specjalnie słodkie!).

Pierwszy z nich, bestseller na zimno: kruszony lód wymieszany z jakimś wywarem z owocu/warzywa, polany „grass jelly” czyli galaretką z trawy, koloru czarnego. Na tym kilka kawałków poduszeczek zrobionych z taro (azjatycka roślina bulwiasta, coś jak ziemniak). Całość można było dodatkowo polać śmietanką. Smakowało to wszystko ciekawie, zwłaszcza poduszeczki z taro- przypominały mi polskie kopytka.

Próbowałam też wersji z kruszonym lodem o smaku zielonej herbaty posypanej m.in czerwona fasolką. Właściwie jeszcze nie wiem co sądzić o tym połączeniu – lodów z fasolka, ale jest to w Malezji bardzo popularne.

Advertisements