Po 12 godzinach lotu z lotniska we Frankfurcie – mój samolot wyladował w Kuala Lumpur. Odebrała mnie stamtad przedstawicielka AIESEC, Peisan. Razem z bagażami (23,7 kg! Absolutny rekord świata w minimalistycznym pakowaniu!) przedostałyśmy się najpierw kolejka ekspresowa a potem pociagiem lokalnym na stacje najblizsza mojego nowego miejsca zamieszkania. Niestety potem zrobiło się trochę trudniej bo z taxi był problem, a mój nowy dom, chociaż usytuowany niedaleko, nie był osiagalny przez dwie małe dziewczyny z wielkim bagażem. W końcu po godzinie oczekiwania zjawił się mój chiński współlokator Stefan (!!) i bohatersko podwiózł nas do celu.

Mieszkam w wysokim apartamentowcu, na 12. piętrze. Razem ze mna mieszkaja dwie chińskie pary (James, Vinnie, Stefan i jego dziewczyna której jeszcze nie widziałam), wszyscy wydaja się bardzo mili. Pokój mam niewielki ale poza szafa nic mu nie brakuje 🙂 Za to na dole dla mieszkańców budynku jest basen. Aparat miał dzisiaj problemy ze współpraca ze mna więc wszystkie zdjęcia które będa widoczne w tej notce sa znalezione w internecie.

A to mój budynek:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I basen:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem zjadłyśmy pyszny obiad w indyjskiej restauracji (zaraz pod moim domem, świetna sprawa!).

A więc oto roti canai, mój obiadek za 2 zł, do tego herbata z mlekiem skondensowam:

 

 

 

 

 

 

 

 

Spędziłyśmy też parę godzin w lokalnym centrum handlowym Midvalley (a właściwie Megamall, tzn czymś o wiele większym niż centrum handlowe). Jest to naprawdę ogromny budynek, ma ok 5 pięter (na oko), składa się z 2 osobnych centrów handlowych: dla „normalnych ludzi” i ekskluzywnego (tzn sklepy Burberry, Prada itp). Jest ze 4 razy większe niż Centrum Handlowe Malta w Poznaniu.

Kilka wniosków z wyprawy:

*Malezyjczycy kochaja zakupy

*Najbardziej lubia kiczowate, różowe duperele w stylu Hello Kitty – bez względu na wiek, tego typu sklepów jest chyba najwięcej

*w sklepach można dostać np. suszone kraby i krewetki

*istnieja sklepy oferujace wyłacznie słodkie suszone owoce o kwaskowym posmaku. Przoduja w tym Chinczycy. Załapałam się na degustację, smakowało to całkiem przyjemnie, jednak nazwy roślin z których się je robi były kompletnie mi nieznane.

*durian!!! -najbardziej śmierdzacy owoc świata spotkany w supermarkecie śmierdzi dla mnie jak połaczenie ulatniajacego się gazu ze spleśniałym egzotycznym owocem. Na degustację przyjdzie jeszcze czas. na razie napewno będę wiedziała, że akurat go mijam.

*Zjawisko pt. bubble tea – herbata z dodatkiem kuleczek tapioki
(taka roślinka). Serwuje się to w tzw barach herbacianych. Wypiłam herbatę ze słodkim skondensowanym mlekiem i czarnymi kuleczkami typu perły. Podobno absolutny klasyk. W smaku bez rewelacji, kulki smakuja jak twarde, okragłe żelki zanurzone w wodzie ale w sumie  naprawdę przyjemnie odświeża ( w kubku jest sporo lodu). Pije sie to przez specjalna szeroka słomkę przez która wciaga sie kulki z płynem. Następnym razem pokuszę się o inna wersję, np japońska zielona herbatę z różowymi kulkami (smakuja różnie w zależności od koloru i czasu ich gotowania). A tak wyglada herbatka:

 

 

 

 

 

 

 

 

*Carrefour pomimo niskich cen ma wyglad naprawdę ekskluzywnego marketu, wyglada jak Alma albo Piotr i Paweł. Ciekawie to wypada w porównaniu do polskich brudnych półek w tej sieci.

Kiedy wracałam w Midvalley do domu, okazało się że Peisan musiała jechać na lotnisko i zostawiła mnie na przystanku autobusowym żebym wróciła sama. Niestety nie dogadałyśmy się i zostałam bez adresu domu i numeru linii autobusowej przy Midvalley. (w Kuala Lumpur nie ma czegoś takiego jak informacja na przystankach albo rozkład jazdy) I stał się cud, przypadkowo spotkany starszy pan najpierw dokładnie wypytał mnie o cechy charakterystyczne mojej okolicy, potem po telefonicznej konsultacji z Peisan (do której długo nie mogłam się dodzwonić) podwiózł mnie do domu samochodem.  Trochę jechałam z dusza na ramieniu ale pan Malaj okazał się przemiły, dał mi wiele ciekawych rad odnośnie transportu w Kuala Lumpur i miejsc wartych odwiedzenia a na koniec zostawił mi swój numer i poprosił żebym w razie jakichkolwiek problemów do niego poprostu zadzwoniła.

I tym sposobem mam od dziś megapozytywne nastawienie do mieszkańców Malezji, którzy maja po prostu serce na dłoni.

Kończac,  oto zdjecie mojej kolacji (bułka kokosowa zawinięta w liść banana, w środku miała smażone wiórki kokosowe, bardzo słodkie bo skropione mlekiem kondensowanym). Dobranoc!

 

 

 

 

 

Advertisements