Po 6 latach w Azji wreszcie jestem na Bali!

Po wielokrotnym zaklinaniu się że przecież jak to, tyle tu komercji i imprezowiczów, braku autentyczności… Mimo wszystko jakimś cudem tu wylądowałam. Przy okazji jest to też mój pierwszy raz u „sąsiadów” z Indonezji.

Mój sposób na Bali

W Balijskim domu – walki kogutów są niestety wciąż popularne….

Każdy, przyjeżdżając tu, odkrywa „swoje” Bali. Dla niektórych jest to imprezowanie w Kuta. Dla innych kurs jogi w Ubud. Albo jeżdżenie na jednodniowe wycieczki, żeby jak najwięcej zobaczyć. Albo poranne wspinanie się na szczyt, żeby zobaczyć w nagrodę przepiękny widok. Lub wygrzewanie się na plaży w Seminyak.

Jest to na tyle duża wyspa, że nieważne, co cię tak naprawdę  najbardziej interesuje – na Bali na pewno to znajdziesz. Wystarczy jeden wieczór przy komputerze, trochę wiedzy z blogów i portali internetowych – nie jest to jakaś wielka sztuka, bo o Bali napisano już chyba wszystko.

Dlatego nie nastawiałam się na jakieś niesamowite, nieodkryte przeżycia. W zamian – znalazłam własne Bali.

Moje Bali – agroturystyczne

Wujek w domu Kdongding wysypuje ryż do suszenia
Przydomowa świątynia w Kdongding

Tak sobie wymyśliłam, że będę się zatrzymywać w wioskach. W pensjonatach rodzinnych. W miejscach (w większości) oddalonych od miasteczek. I że moje pieniądze będę wydawać w taki sposób, aby jak najwięcej z nich trafiło do lokalnej ludności. Okazało się, że takich opcji jest dość sporo, choć nie tak łatwo je znaleźć.

Pierwszy krok – lekcja gotowania!

Szef Nyoman przy pracy – pokazuje, jak pokroić przyprawy na pastę bazową do dań

Szkołę Kdongding znalazłam na… Instagramie 🙂 Pomyślałam, że szukając w ten sposób, a nie w Google, być może dotrę do małych, lokalnych biznesów (tak to działa w Malezji). I nie pomyliłam się! Szkoła ma też stronę internetową tutaj.

Szkoła Kdongding to rodzinny interes, działający już od ponad 2 lat. Głowną osią są Nyoman i Wayan, a także ich ciotki, wujkowie i inni członkowie rodziny, którzy włączają się  w pomoc. Cała rodzina mieszka w wielkim starym domostwie (naprawdę starym – ziemia pod budowę została podarowana przez króla 600 lat temu). Mieszkają tu 43 osoby, ale też niezliczone ilości kur, kogutów, psów, kotów, jest też małpa uratowana od faceta który ją maltretował. To się nazywa spora rodzina!

Ale po kolei…

Poranny ryneczek

Zaczynamy rano, od wycieczki na lokalnym rynku przy domu gdzie odbywają się zajęcia.

Ryneczki otwierają się tu wcześnie rano, około 4 i rano spotkacie tu głównie kobiety – mężczyźni w tym czasie idą pracować na polu ryżowym albo… trochę później wstają.

Co ty kupicie? Poza owocami (arbuz, kokosy, wężowy owoc- salak) i warzywami, jest tu ogromna wystawa różnych papryczek chilli, przypraw, no i mnóstwo kwiatów! Kwiaty można kupić i zrobić z nich koszyczek-podarunek dla duchów i bogów. A jeśli nie ma się czasu albo umiejętności, można kupić już gotowe koszyczki z kwiatami w środku.

Pachnie tu niesamowicie! Aromat świeżych kwiatów przenika się z pieczonym prosiakiem, durianem (fu!) i zapachem smażonych bananów.

Koszyczki z ofiarami z kwiatów

Moją uwagę zwróciły zawinięte w liść bananowca paprocie – okazało się, że można je ugotować i podać jako sałatkę lub dodatek do klusek. Ciekawostka!

Nyoman prezentuje jadalną paprotkę

Nasz przewodnik i szef w jednej osobie, Nyoman, cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania i prowadził nas do coraz ciekawszych zakątków bazaru, sypiąc przy tym żartami jak z rękawa. Urodzony showman!

W Balijskim Domostwie

Po spędzeniu godziny na bazarku, pojechaliśmy do domu naszych nauczycieli. A może raczej domostwa, bo to ogromna posesja. I nie tylko budynki zajmują tu przestrzeń – spora jej część to ogrody i uprawy. Rosną tu lokalne zioła, przyprawy, jest też rodzinna uprawa kawy i specjalna eko-uprawa warzyw, która sama się nawadnia. Większość składników których używamy podczas lekcji jest więc organiczna i uprawiana na ogródku. Czad!

Samonawadniająca się uprawa warzyw

Zaczynamy od.. jedzenia, oczywiście! W czasie gdy Nyoman opowiada o koncepcie kuchni balijskiej i prezentuje przyprawy, my zajadamy się laklak – malutkimi zielonymi naleśnikami z kokosem, i zapijamy to kawą (tak tak, kawą zebraną z ogródka i przygotowaną i zmieloną w domowy sposób).

Przy okazji Wayan pokazuje mi, że do kawy można też dodać lokalny alkohol, czyli arak. Tropiki, gorąca kawa i jeszcze alkohol? Brzmi intrygująco. Alkohol jest mocny, praktycznie jak wódka, ale faktycznie nadaje kawie ciekawy aromat. Nie ma to jak gorący drink przed obiadem!

Gotujemy! Lekcja gotowania klasycznej Balijskiej kuchni

W Kdongding koncept jest prosty: wszystkie dania gotuje się samemu. Każdy dostaje własną stację kuchenną, z kuchenką, garnkami i patelniami, a ciotka chłopaków prowadzących przygotowuje z boku wszystkie składniki i podaje w konkretnej kolejności.

Świetna sprawa, bo bardzo łatwo jest to później odtworzyć w domu.

Jako bazę przygotowaliśmy pastę z przypraw i chilli, której używaliśmy w 3 daniach. Prosta sprawa, z jedną bazą można zrobić naprawdę wiele – a przepisy podawane przez Nyomana były naprawdę proste, ale jednocześnie przesmaczne.

Baza prawie gotowa!

Przy okazji zapoznałam się z nowym kuchennym wynalazkiem – grillem który jednocześnie gotuje jedzenie na parze. Jest to urządzenie wymyślone przez kuzyna Nyomana, bardzo ciekawe! Dzięki temu mięso jest grillowane ale jednocześnie bardzo soczyste.

Co było w menu?

  • Jukut Urab – sałatka z czerwoną fasolą, kokosem i sambalem (ostrym sosem)
  • Calon Be Siap – aromatyczny rosół z klopsikami i warzywem cayote
  • Sate Ayam – lokalna odmiana satay, tym razem bez sosu, ale za to kurczak jest nadziany na pałkę trawy cytrynowej
  • Tahu Mesanten – tofu w curry kokosowym
  • Dadar Kdongding – zielony naleśnik z kokosem i cukrem palmowym

Kiedy wszystkie dania były już gotowe, kładziemy wszystkie z nich na pięknej, malowanej tacy i… voila! Obiad gotowy!

Przyznam się że wszystko było pyszne (zwłaszcza curry z tofu, którego zwykle nie znoszę, a tu smakowało niesamowicie), no może poza moim zielonym naleśnikiem, który wyszedł mi lekko za gruby. Jedzenia było tyle, że nie dałam rady wszystkiego skończyć!

W trakcie posiłku rozmawialiśmy o wszystkim – o życiu na Bali, jak wyglądają tu randki i małżeństwa, o lokalnych tradycjach… Poczułam się jak na obiedzie u rodziny – atmosfera była zupełnie domowa, a ja zupełnie zapomniałam, że poznałam tych ludzi tego samego ranka. Magia!

Lekcja przeciągnęła się do popołudnia i kiedy wracałam do hotelu, czułam się trochę smutna, że opuszczam ten wesoły i bardzo ciepły dom.

Nie wyobrażam sobie lepszego rozpoczęcia pobytu na Bali! Jeśli jesteście tu na kilka dni, w okolicach Ubud – bardzo polecam chłopaków i ich szkołę. Na pewno nie będziecie żałować, zwłaszcza jeśli szukacie domowej atmosfery i ogromnej dawki wiedzy o lokalnej kulturze.

Kdongding Cooking School

Nasza grupa na lekcji: 2 dziewczyny z USA, rodzina z Singapuru i ja

Więcej o lekcjach gotowania znajdziecie na ich stronie internetowej.

Lekcje są dostępne codziennie i odbywają się w małych grupach (max 12 osób). Można też przyjść z dziećmi, są dostępne specjalne stołki które pomagają dosięgnąć stołu, a chłopaki-nauczyciele przetestowali już menu na dzieciach od samego początku.

Cena za lekcję obejmuje też odbiór z hotelu w Ubud, wizytę na bazarze, przekąski i kawę, a także certyfikat uczestnictwa i książeczkę ze wszystkimi przepisami.

 

Bardzo dziękuję Kdongding Cooking School za gościnę. Lekcja została mi zaproponowana bez opłat, natomiast wszystkie opinie są wyłącznie moje.

 

Reklamy