-Ale to chyba w tej Azji tak sama, to boisz się, co?

-A próbują cię gwałcić na ulicy?

-Słyszałam że Chińczykom tak podobają się blond włosy, że czasem je kradną śpiącym osobom, czy to prawda?

 Szczerze się uśmiecham przy tego typu pytaniach. Zawsze mówię: przyjedź do Malezji, sprawdź sam!

No więc gwoli ścisłości, oto sprostowanie na temat tego, jak żyje się bledziutkiej (ach, ta praca w klimatyzowanym biurze) polskiej blondynce w Malezji.

 Azja Azji nierówna

I od tego należałoby zacząć. Trochę obawiałam się wyjazdu do Malezji – nie dość że to moja samotna wyprawa, to jeszcze ciągle z tyłu głowy grały mi moje wspomnienia z Indii: zaczepianie na ulicy, pytania typu „Ile bierzesz za noc?”, chwytanie za rękę, biodro lub biust w autobusie,  grupy indyjskich nastoletnich chłopaków śledzących mnie, chodzących krok w krok za mną i pstykajacy zdjęcia moich pleców telefonem. Nawet po zasłonięciu głowy szalem, a ramion bluzą z długim rękawem (przy upale 42 st. C), sytuacja była dokładnie taka sama.

Szczerze mówiąc odczuwałam dużą ulgę wracając do domu po paru miesiącach w Indiach, ciesząc się nie tyle ze schabowego czy perspektywy zobaczenia znajomych, ale właśnie z tego poczucia bezpieczeństwa na ulicy, możliwości przejścia przez jezdnię bez słuchania gwizdów i głupich komentarzy. 

Tymczasem.. póki co, odpukać, jest mi tu, w Kuala Lumpur, naprawdę komfortowo. 

Uwielbiam Indie właśnie za te kontrasty, za tą różnorodność, za tą w pewnym sensie niedostępność – biały może przyjechać do Indii, ale zajmie mu to dużo czasu i wysiłku, aby zostać uznanym za „swojego”.

W Malezji ląduje się na lotnisku, dojeżdża do dworca i.. „wsiąka” w miasto. Bez walizki i torebki-nerki, człowiek staje się typowym mieszkańcem Malezji.

Ale po kolei.

Ze znajomymi na Chińskim festiwalu przesilenia jesieni. Mimo, że biała, to byłam jak najbardziej zaproszona na rodzinne święta - nie jako atrakcja, ale członek rodziny.
Ze znajomymi na Chińskim festiwalu przesilenia jesieni. Mimo, że biała, to byłam jak najbardziej zaproszona na rodzinne święta – nie jako atrakcja, ale członek rodziny.

Przylot „białasa” do kraju

Malezja zaskoczyła mnie już od momentu wyjścia z lotniska. Pozwolę sobie zobrazować tą sytuację:

Indie:

-wyjście z lotniska w Bombaju: upał, śmrodek zgnilizny i smogu, wszyscy się pchają, mnóstwo przypadkowych tragarzy, którzy próbują wyrwać podróżnym walizki aby po 10 m niesienia jej poprosić o zapłatę za usługę. Mnóstwo ludzi krzyczy, szuka się nawzajem, rikszarze czatują, uśmiechając się i plując przeżutymi liśćmi betelu na chodnik. Wiedząc, że riksze strasznie zdzierają „białasów”, szukam innej opcji. Po przepchaniu się przez tłum udaje mi się znaleźć stację prepaid taxi, do której stoi wielka kolejka. W okienku jedna pani powoli obsługuje klienta, druga pije masala tea i specjalnie nie przejmuje się ogonkiem oczekujących osób. W końcu po pół godzinie udaje mi się dostać do okienka. Pani z obsługi mówi oczywiście głównie w hindi i zrozumienie, gdzie chcę jechać zajmuje jej chwilę. W końcu ląduję w taksówce i przy dźwiękach skocznej indyjskiej muzyki po pół godzinie jazdy ląduję w domu. Magia Indii działa, podczas kolejnego lotu już bez problemu ogarniam znalezienie taksówki i nawet odczuwam przy tym pewną dozę relaksu.

 

Standardowa ulica indyjska. Motory po horyzont!
Standardowa ulica indyjska. Motory po horyzont!

Malezja:

-wyjście z lotniska w Kuala Lumpur: upał, trochę smogu, ogromna wilgoć w powietrzu. Wygląda to tak, jakby każdy dokładnie wiedział co ma robić. Biznesmeni ustawiają się w kolejeczce do prepaid taxi. Ja idę dalej, widząc znak wskazujący kolejkę jadącą prosto do miasta. Trzymam mocno rączkę walizki, żeby nie dać jej sobie wyrwać przypadkowym tragarzom, nikt jednak nie podchodzi, nie zauważam wogóle żadnych tragarzy w okolicy. Zaczynam się denerwować – w końcu to Azja, gdzie ten cały chaos? Może w kolejce. Dochodzę do punktu z biletami, płacę (bezproblemowa konwersacja po angielsku)  i zjeżdżam ruchomymi schodami na peron. Wszyscy wgapieni w smartfony i w tablety, zero interakcji, nikt nie próbuje mnie podrywać ani nachalnie macać. Czy to Azja, czy nie Azja? Spokojnie dojeżdżam do domu pociagiem wyposażonym w bardzo mocną klimę i wifi na pokładzie. Dookoła cisza. Ja – zdezorientowana, bo przecież to Malezja, a ja tej Azji wogóle nie czuję. Co się stało?

Mój ulubiony park przy wieżach Petronas. Defincja relaksu.
Mój ulubiony park przy wieżach Petronas. Defincja relaksu.

Ulica

Indie:

-wyjście na ulicę to pełne skupienie: trzeba uważać na kałuże, krowie placki, ludzi śpiących na ziemi, przejeżdżające riksze i motory. Do tego wszędobylskie stoiska z betelem, napojami i przekąskami: ktoś krzyczy „Dobra cena! Chodź!” (nie podchodzę, „dobra cena” to cena dla obcokrajowca, którą nie jestem zainteresowana), ktoś podchodzi i robi sobie ze mną zdjęcie bez pytania, przy starym odrapanym billboardzie stoją dzieci-żebracy, wytykają mnie palcami i się śmieją. Klakson za moimi plecami – to rikszarz, pyta gdzie chcę jechać. Odmawiam, podjeżdża następny. Szybko wskakuję do przydrożnej kawiarni – ufff, wreszcie mogę odetchnąć. Wdech, wydech. Mrożona herbata z przyprawami to kawałek nieba. Następnym jest mała dziewczynka, która podchodzi i pyta czy może dotknąć moich włosów, bo są takie ładne, jak księżniczki. Czuję się inna i wyróżniona. Czuję się wspaniale.

 

Dzieciaki w Indiach zupełnie nie kryją się ze swoją ciekawością. Tu dzieci zaglądają przez okno do szkoły, którą odwiedzaliśmy na wsi.
Dzieciaki w Indiach zupełnie nie kryją się ze swoją ciekawością. Tu dzieci zaglądają przez okno do szkoły, którą odwiedzaliśmy na wsi.

Malezja:

-ulica wymaga skupienia: samochody nigdy się nie zatrzymują, żar leje się z nieba. Trzeba uważać na głębokie kanały zbierające deszczówkę: nie zasłonięte niczym, przy źle postawionym kroku mogą spowodować upadek do głębokiej kałuży. Przy drodze palmy – zawsze mnie zachwycają, chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że mieszkam w tropikach. Szybko przemykam chodnikiem do metra, bo gorąco. Mocno trzymam torebkę – miasto jest bezpieczne, ale zdarzają się kradzieże torebek przez złodziei na motorach. Nic się jednak nie dzieje. Zero komentarzy, witam się tylko prostym „Hello” z panem w myjni samochodowej, codziennie się tak pozdrawiamy, chociaż nigdy nie rozmawialiśmy. Na stacji metra skanuję kartę magnetyczną, przechodzę przez bramkę. Wchodzę do mocno klimatyzowanego wagonu, w środku mnóstwo ludzi patrzących w dół, na tablety i smartfony. Dojeżdżam do kawiarni, zamawiam moją mrożoną indyjską herbatę z przyprawami, która po Indiach do teraz jest moim ulubionym napojem. Kawałek nieba, prawie taki jak w Indiach. Po chwili podchodzi do mnie ankieterka, pyta czy mieszkam w Kuala Lumpur i zachęca do podpisania obywatelskiej petycji w sprawie obowiązku noszenia odblasków przez dzieciaki. Podpisuję. Czuję się jak w domu. Czuję się wspaniale.

Bukit Bintang, centrum Kuala Lumpur.
Bukit Bintang, centrum Kuala Lumpur.

Właśnie tak. Ale co lepsze?

To tylko przykłady, ale to właśnie mniej więcej obraz różnic w przebywaniu w Indiach i Malezji. Kocham oba te kraje, o gospodarce indyjskiej napisałam pracę licencjacką a w Kuala Lumpur chłonę wszystkie informacje o mieście i oprowadzam turystów po moich ulubionych miejscach.

Czu w Kuala Lumpur czuję się bezpiecznie? Zdecydowanie. W Indiach? Zdecydowanie nie. W Malezji zniknęło uczucie „inności”, które miałam w Indiach, a które czasem było dobre (dostałam z 1000 propozycji matrymonialnych!) i złe (traktowanie mnie jak prostytutki wyłącznie ze względu na kolor skóry, codzienne targowanie się o normalną cenę rikszy z biura do domu).

W Malezji nie zdarza się zaczepianie na ulicy, nikt nie prosi o zdjęcie z blondynką. Europejczycy stanowią tu normalny element społeczeństwa. Są niemieckie piekarnie, włoskie gelaterie i supermarkety w których można kupić nawet świeże czerwone porzeczki. Za wszystko płacę tyle, ile moi koledzy Malezyjczycy, więc nie czuję się oszukiwana na każdym kroku.

Słucham stacji radiowej z międzynarodową muzyką, w której prezenterzy mówią wyłącznie po angielsku, z nienagannym angielskim akcentem. Rano na stacji metra zabieram ze sobą darmową gazetę, w całości po angielsku. Koledzy w biurze rozmawiają nawet między sobą po angielsku, więc nie czuję wyskomfortu wykluczenia z konwersacji. Z drugiej strony – kompletnie nie mam motywacji do nauki języka bahasa malaysia i po dwóch latach potrafię zamówić sobie posiłek w restauracji, ale nic więcej. 

Moje blond włosy – ku mojemu zaskoczeniu – kompletnie nie wzbudzają sensacji. Powodują za to problemy w zakupie farby do włosów, bo nic jaśniejszego niż jasny blond nie jest dostępne w sklepach.

Czego uczy Azja?

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że Indie bardzo ukształtowały mój charakter. Przestałam w 100% ufać ludziom, nauczyłam się patrzeć przez siebie i nie oglądać się na boki nawet jeśli coś wybucha po którejś ze stron. Nauczyłam się być twarda, nie tolerować zachowań agresywnych i nachalnych, tylko od razu im przeciwdziałać. Nauczyłam się liczyć tylko na siebie. Przyzwyczaiłam się do brudu którego nie da się zmyć czy sprać i zrozumiałam, że pewne rzeczy, chociaż wybitnie denerwujące, są niezmienne, i trzeba się do nich po prostu przyzwyczaić.

Malezja na początku nauczyła mnie właśnie ufności, którą po części straciłam w Indiach. Zrozumiałam, że nie każdy Malezyjczyk, który klepie mnie po ramieniu, chce mnie napastować. Czasem chodzi im tylko o to, aby zapytać, która jest godzina. No i nauczyłam się żyć w ciszy. No, może niekoniecznie żyć – nauczyłam się tolerować ciszę, ale i tak jestem najgłośniejszym elementem otoczenia.

Jedna z piękniejszych świątyń w Indiach. Dżinijska świątynia na wzgórzu w stanie Gudżarat.
Jedna z piękniejszych świątyń w Indiach. Dżinijska świątynia na wzgórzu w stanie Gudżarat.

Podsumowanie

Z perspektywy czasu: Indie to piękne miejsce, aby spędzić tam kilka miesięcy, zachwycyć się kulturą, spróbować najlepszego jedzenia na świecie i zdobyć doświadczenie w twardych, kompletnie innych warunkach niż polskie. Gdyby nie Indie, nigdy nie odważyłabym się zacząć przemawiania na konferencjach, bałabym się krzyknąć na szefa (jeśli to potrzebne) i generalnie pewnie nie wypełzłabym z mojej skorupki nieśmiałości. Ale czy to miejsce w którym mogłabym żyć do końca życia? Chyba nie. Samo bezpieczeństwo (a raczej jego brak) na ulicach to dla mnie wystarczający powód. Przecież nie mogę brać ze sobą zawsze ochrony albo psa. Do tego przez moje blond włosy i białą skórę za bardzo zwracałam uwagę na ulicy i w sklepach – mieszkając w Indiach dłuższy czas, metamorfoza byłaby nieodzowna.

Malezja, z drugiej strony, to taka wyidealizowana Azja, z czystymi chodnikami, wszędobylskim angielskim, miłymi ludźmi. Pewnie wytrawni podróżnicy wzgardziliby wyprawą do Kuala Lumpur, bo jest przecież „taki europejskie”. Z jednej strony prawda – ale z drugiej Azja wychodzi w tym mieście z każdej dziury w chodniku, przebija w lokalnej gwarze i pięknie kwitnie podczas wizyt w świątyniach chińskich czy indyjskich.  Malezja to zdecydowanie kraj, w którym można żyć przez dłuższy czas u czuć się komfortowo we własnej skórze.

 

Świątynia Thean Hou w Kuala Lumpur. Piękny widok na miasto i spokój ułatwiają relaks, a w świątyni można wywróżyć sobie przyszłość. Moja, póki co, zapowiada się bardzo dobrze.
Świątynia Thean Hou w Kuala Lumpur. Piękny widok na miasto i spokój ułatwiają relaks, a w świątyni można wywróżyć sobie przyszłość. Moja, póki co, zapowiada się bardzo dobrze.

No to Indie czy Malezja?

Malezja to jak fajny nowy zwierzak. Można się z nim chwilę pobawić i albo się on spodoba, albo okaże się że jest jednak nudny. 

Indie to kij, którym dostaje się po głowie. Jeśli ma się refleks, uniknie się kolejnego razu. Ale jeśli nie, będzie się okładanym po głowie wiele razy.

Moja rada: jeśli jedziesz do Azji pierwszy raz i nie czujesz się pewnie w tych klimatach, Malezja to idealny wybór. Poznasz różne przenikające się kultury, spróbujesz pysznego jedzenia, nawet przejedziesz się na słoniu.

Ale jeśli chcesz czegoś bardziej hardcorowego, szukasz czegoś co po powrocie zapewni ci sławę i chwałę wśród znajomych – Indie powinny być na twojej liście.

Z mojej strony – Malezja to piękny kraj do życia, rozwijania kariery i zawiązywania przyjaźni na całe życie. Póki co – mój światowy numer 1 🙂

 

Reklamy