Każdy kolejny weekend w Malezji to dla mnie wyzwanie pod hasłem: co by tu zrobić ciekawego i jak poznać lepiej malajską kulturę?

Ostatnio wybór padł więc na mecz piłki nożnej. Jak człowiek z bardzo niewielką i raczej podstawową wiedzą w tym zakresie poszłam więc na mecz raczej w celu poobserwowania i porównania kultury futbolowej do tej w Polsce.

Mecz Malezja: Singapur, 25 listopada 2012. Faza grupowa Suzuki Cup, czyli turnieju krajów Azji Południowo Wschodniej. Dość spore wydarzenie. Miejsce: stadion narodowy Bukit Jalil. Obiekt zbudowany jakieś 10 lat temu, wygląda w porządku i nawet na zasuwany dach który był zamknięty na czas deszczu! Szacunek. (może Warszawa mogłaby wziąć dobry przykład)

Stadion może pomieścić 80 tysięcy ludzi, tak więc jest całkiem spory. Jednak na samym meczu połowa trybun była zamknięta a część otwartych miejsc była wolna. Na mecz reprezentacji narodowej!

Przed wejściem na stadion standardowe otoczenie, czyli mnóstwo straganów z koszulkami i szalikami. Chociaż akurat szaliki grzeją strasznie w szyję, więc bardziej popularne są żółto-czarne opaski na głowę z napisem Malaysia. Dookoła mnóstwo ludzi, z flagami wymalowanymi na policzkach, z perukami w barwach narodowych i z trąbami.

Razem z Pavanem przyjechaliśmy pod stadion wcześniej, żeby kupić bilety. Okazało sie że kompletnie nie ma problemu z kupnem biletów na mecz godzinę przed czasem. Byłam w szoku! Co więcej, nie trzeba podawać żadnych informacji osobistych ani okazywać się dowodem czy paszportem – kupuje się bilet i tyle. Procedury bezpieczeństwa jeszcze raczkują w Malezji, ale być może związane jest to z tym, że nie ma tu (zbyt wielu) huliganów.

Przy wejściu nikt nawet nie skanuje biletów – po prostu są przedzierane. Wykrywacz metali, sprawdzanie torebek? A gdzie tam. Aczkolwiek pani z ochrony zabrała mi półlitrową butelkę z wodą.

Na stadionie siada się gdzie chce, zresztą od razu widać podział na trybunę „żyletę” i trybunę „piknikową”.

„Żyleta” skacze, macha flagami i śpiewa, do tego rozkłada co jakiś czas gigantyczne flagi i gra na bębnach. Odpala się też flary, co w Polsce jest już nielegalne…

Trybuna „piknikowa” jest obsadzona przez rodziny z dziećmi, kobiety w hidżabach i ludzi którzy chyba przyszli na mecz prosto z KFC, bo niektórzy mają przy sobie całe zestawy: kurczak+frytki+cola. Dosłownie piknik.

Co do samego meczu: uprzedzano mnie, że Malezja szans na wygraną raczej nie ma, ale niestety mecz zakończył się wynikiem 3:0 dla Singapuru. Po trzecim golu połowa stadionu po prostu wyszła z obiektu (też mi wsparcie dla drużyny, pffff).

Po pierwszej połowie (2:0) – jeszcze jest nadzieja:

Po trzecim golu:

Ciekawa obserwacja: przyśpiewki kibice mają tu dokładnie takie same jak w Polsce! Z tym że słowo „Polska” zamnienione zostało na „Malaysia”. Nic oryginalnego niestety, a liczyłam na to, że poznam jakiś fajny okrzyk.

Ale koniec końców sam mecz była naprawdę ciekawym doświadczeniem, zobaczyłam stadion od wewnątrz i już wiem jak wygląda drużyna narodowa Malezji. Dobry wieczór, ciekawe doświadczenie!

A tu z panami kibicami, którzy koniecznie chcieli sobie zrobić ze mną zdjęcie:

Szybki dopisek:

Próbowałam dziś nowych owoców!

Czerwony mix jabłka z gruszką, w kształcie czerwonej papryki nazywa się Jambu Air. Jest dość wodnisty (jak gruszka) i słodki. Rośnie na drzewach szerszą częścią do dołu i wygląda jak duży czerwony dzwonek.

Pomarańczowe coś to lokalna odmiana pomarańczy – pomimo zielonych plam jest już całkiem dojrzała. Właściwie nazywa się Limau Madu (tłum. miodowa pomarańcza) . Jest bardziej miękka niż pomarańcza i chyba trochę słodsza, jak mandarynka.

No i małe żółte owocki w woreczku – to owoce wyskubane z wnętrza honey jackfruit (jakiś czas temu wrzuciłam zdjęcie, to wielki owoc który trzymałam w ramionach, z zewnątrz zielony i kolczasty, a w środku zółty). Te żółte jadalne cząsteczki to właściwie spore pestki otoczone zabezpieczającą warstwą owocu, bardzo słodką, aromatyczną i sprężystą. Pestki można zjeść po ugotowaniu, a otoczkę na surowo. W smaku są bardzo słodkie i mają naprawdę miodowy aromat.

Reklamy