W listopadzie miałam ambitne plany. Miało być dużo zdjęć, dużo możliwości oprowadzania turystów po Kuala Lumpur, może jakaś wycieczka za miasto…

Ale żeby nie było za nudno, mój paszport został skradziony, spędziłam więc kilka godzin na posterunku policji składając zeznania. Przy okazji zostałam poproszona o łapówkę (na policji!). Potem urząd imigracyjny w Malezji stwierdził że ich system komputerowy wariuje i że chyba jestem w Malezji nielegalnie (wcale nie!), i skończyło się to tym, że musiałam na chwilę wrócić do Polski, żeby załatwić sobie nowy paszport (generalnie to bardzo długa historia, tutaj przedstawiam ją w telegraficznym skrócie).

Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Póki co cieszę się polską kuchnią, nadrabiam możliwości spotkania z przyjaciółmi, a dla was, drodzy czytelnicy, organizuję spotkania o Malezji w Poznaniu (12.12.2016) i w Jarocinie (18.12.2016). Zapraszam serdecznie, wszystkie szczegóły znajdziecie na moim fanpage’u.

A oto kilka zdjęć które zdążyłam kliknąć w listopadzie jeszcze w Malezji

  1. Piękne tradycyjne latawce wau

Galeria miejska w KL kryje w sobie, oprócz prześwietnej makiety miejskiej, także mały krużganek z wystawą materiałów batikowych i tradycyjnych latawców. Taki latawiec pokryty jest ręcznie malowanym materiałem, i ma kształt półksiężyca. Taki właśnie latawiec, ogromnej wielkości, znajdziecie przy wejściu do Chinatown w formie ogromnej bramy!

2. Obiad w pracy w kolegami

Główna zaleta mojej pracy? Lokalizacja! Biuro mieści się w dzielnicy indyjsko-międzynarodowej, a oznacza to bliskość pysznych knajpek z curry i kurczakiem tandoori! 

3. Tradycyjny dom malajski w centrum Kuala Lumpur

W ramach oprowadzania po mieście, zdecydowałam się zabrać turystów do miejsca, w którym dawno nie byłam – do tradycyjnego drewnianego domu- muzeum, które można codziennie zwiedzać. Dom ten został przeniesiony ze stanu Kedah, część po części, w latach ’90. Teraz służy jako niesamowite muzeum – w środku znajdziecie meble i przedmioty codziennego użytku z lat ’50 i ’60! Sama lokalizacja domu też jest ciekawa – dokładnie w centrum, przy galerii handlowej Pavillion, pomiędzy wieżowcami. Coś pięknego!

4. Tradycyjny ołtarzyk domowy

W tym właśnie domu, wewnątrz, natknęłam się na przepiękne miejsce – pokój do modlitw. Jeśli można to tak nazwać, bo w całym domu… nie ma ścian i drzwi. W tej części modlono się i przechowywano religijne symbole.

5. Moja ulubiona świątynia Thean Hou

Jeszcze chyba nie trafił się taki miesiąc w Malezji, w któym nie odwiedziłabym swojej ulubionej świątyni. Pięknie rzeźbione ściany i sufity, jeziorko z setkami żółwi, horoskopy wyciągane przy ołtarzu, ogród z symbolami znaków zodiaku…. To miejsce nigdy mi się nie znudzi!

6. Wystawna kolacja i spełnienie mojego gastronomicznego marzenia

Nie wiem czy wspominałam, ale mam hopla na punkcie konkursów internetowych. Staram się brać udział w minimum 1 konkursie tygodniowo, i to działa! Do tej pory wygrałam już np. meble do domu, butelkę dość drogiej whiskey, buty, bilety do kina… A w tym miesiącu poszczęściło mi się i wygrałam 2 vouchery na wystawną chińską kolację z owocami morza. Cieszyłam się jak dzieciak, bo w menu był homar – chciałam go spróbować od lat! To takie moje gastronomiczne marzenie. Kolacja była pyszna, składała się z 6 dań: była zupa z gwiaździstym owocem, były ostrygi, grzyby abalone, a także przedstawione na fotce delikatne pierożki wantan z krewetką i makaronem. Ale homar przebił wszystko! Delikatny, prawie kremowy, smakował trochę jak krab – ale jeszcze smaczniej! To dopiero była uczta!

 

Reklamy