Znacie to uczucie, kiedy wracacie myślami do waszej niedawnej podróży, i pierwszym wspomnieniem o którym myślicie, jest właśnie TEN moment? Pomyślałam, że najciekawszym sposobem, aby przbliżyć wam uczucie podróżowania po Malezji, będzie pokazanie wam właśnie najbardziej niezapomnianych chwil z podróży. Ale nie moich! O pomoc poprosiłam polskich blogerów podróżniczych – zobaczcie co ich zachwyciło w Malezji najbardziej!

Festiwal Thaipusam

Ania i Rafał, http://zlaptrop.com/

unnamed

Najbardziej w pamięci zapisał nam się festiwal Thaipusam. Było to zupełnie nowe doświadczenie pomimo tego, że dwa dni wcześniej do Malezji przylecieliśmy właśnie z Indii. Myśleliśmy, że po indyjskich doświadczeniach nie zdziwi nas już nic. Jak się myliliśmy! To co działo się podczas festiwalu przerosło nasze oczekiwania. Tłumy ludzi, tony śmieci, zapachy jedzenia, ogromny hałas i na dodatek gorące i wilgotne powietrze do którego jeszcze nie przywykliśmy. Jednak wszystkie te niedogodności wynagrodzili pielgrzymi. Jedni z nakłuciami w ciele, inni niosący dary, jeszcze inni skupieni na muzyce pogrążeni w transie. Ciężko było ocenić co przeżywali i czy to co rysowało się na ich twarzach było prawdziwe. W naszych oczach byli bohaterami, których zapamiętamy na długo.
Niezwykłe jak dla nas było też to, że mogliśmy przeżywać święto razem z nimi. Może nie na tym samym poziomie duchowym ale chyba i my poczuliśmy magię Batu Caves i całej tej pozytywnej energii jaka się ujawniła w tym miejscu przez te dwa dni.

Rodzinna kolacja w Kuala Lumpur 

Karolina, http://http://www.ethnopassion.pl/

unnamed-1

Mój miesięczny pobyt w Malezji, chociaż od podróży minęły już trzy lata, wciąż wspominam jako niekończącą się ucztę kulinarną. Kuchnia malajska, hinduska, chińska jest odzwierciedleniem mieszanki etnicznej i kulturowej, tak charakterystycznej dla tego kraju. Będąc kilka dni w Kuala Lumpur, stolicy Malezji, zostałam zaproszona do na kolację do domu Saifula – malajskiego przyjaciela mojego węgierskiego kolegi. Dzięki temu miałam niebywałą okazję poznać malajskie zwyczaje i spróbować tradycyjnych potraw. Międzykulturową naukę rozpoczęłam od… mycia rąk przy stole, przy użyciu metalowego, pięknie zdobionego dzbanka. W Malezji je się palcami prawej ręki, czego również mogłam się nauczyć. Tata Saifula pokazał mi jak powinno się to robić. Dłoń należy ułożyć w formie łyżki. Opuszkami palców, z pomocą kciuka zgarnia się ryż, wymieszany uprzednio z sosem. Następnie zgiętym kciukiem przesuwa się jedzenie wkładając palce do buzi. Kolacja była świetnym doświadczeniem, nie tylko kulinarnym, ale także kulturowym. Kuchnię Malezji odkrywałam przez kolejne tygodnie, a po nocach do dzisiaj śnią mi się malezyjskie pyszności i Teh Tarik (czarna, indyjska herbata z mlekiem skondensowanym. Jej nazwa wywodzi się z procesu przelewania napoju podczas przygotowań).

„Niemożliwa” przeprawa skuterem

Anna, http://www.swiatprzewedrowany.pl/

juara-raj

Z plaży ABC do plaży Juara, na drugą stronę wyspy Tioman, dla wybudowanej przez Japończyków drogi alternatywę stanowi trekking przez dżunglę. No nie, znowuuu? Konsekwentnie trzymamy się opcji drogi, a przejazd na rowerach wydaje się nam być idealnym pomysłem. Jest jedno „ale”. Nikt nie chce nam roweru wypożyczyć słysząc dokąd chcemy się udać. Odpowiedź: „Juara? No, no, too steep!”. Po kilku nieudanych próbach pertraktacji i oświadczeń, że my z Polski, że u nas góry i że po nich się jeździ i że tak, na rowerach to robimy, nic nie wskórawszy decydujemy się posłuchać porad i wypożyczyć skuter. Wypożyczoną maszyną po płaskim jeździ się całkiem łatwo, ale gdy droga na Juarę skręca gwałtownie i wzbija się w górę ( nachylenie 45 stopni! ) ze strachu krzyczę: „Stop!”. Zatrzymujemy się, a motorek zaczyna odjeżdżać… w dół. Łapiemy maszynę, schodzą się ludzie i tłumaczą jak trzeba jechać, żeby uważać etc. Ok, teraz czaimy dlaczego nie rower. Docieramy do Juary i jest to najpiękniejsze miejsce na wypoczynek na Tioman. Mało dostępne – promy z Mersing nie zawijają na tę stronę wyspy, rafa jest bogata, a jedzenie w mojej opinii najlepsze na wyspie.

Spotkanie z aborygenem z drodze na plantacje herbaty

Beata, http://www.lalla.pl

unnamed-2TeaLover – do czegoś wielka miłość do herbaty zobowiązuje. Było więc pewne, że poza mniej znanymi wioskami na wybrzeżu czy lokalnym, pełnym niespodzianek życiu w Kota Bharu dojadę do Cameron Highlands. Sama podróż autostopem w tak szczególne miejsce nie odbyła się bez niezwykłych spotkań. Bo oto zatrzymał się Sam – lokalny aborygen z plemienia Orang Asli. Rozklekotanym autem przemierzaliśmy górzystą drogę do Cameron Highlands, porozumiewając się w języku „międzynarodowym-miganym” i zajadając nabyte po drodze świeże duriany.
Tam właśnie, w Cameron Highlands na herbacianych plantacjach, spędziłam intensywny czas przepełniony smakami i zapachami, a świeżo parzone liście herbaty z pobliskich plantacji i widoki na długo pozostały w pamięci.

Straszliwa jaszczurka

Katarzyna i Keczup, http://almostparadisse.blogspot.my/

unnamed-3Pora na wypoczynek w Malezji, wszak wspaniały jest to kraj, jadło wyborne, a ludzie radośni! Plan zakładał wypoczynek na Perhentianach, rajskich wyspach polecanych nam przez wszystkich. Niestety… noclegi, odpowiednie na naszą kieszeń, wyprzedały się jakieś dwa miesiące temu. Nic to, szybko znalazłyśmy w ich niedalekiej okolicy oazę spokoju i ducha zen. I to taką, której nie dało nam nawet plażowanie w Kambodży czy Wietnamie. Nasz prywatny domek w dżungli, 20 metrów od plaży. Morze tylko dla nas, na drzewach kołyszą się kosmiczne owoce, a koło domku rośnie nam ogródek z kaktusów, w dodatku NIE MA LUDZI! RAJ! Nie przeszkadzało nam nawet, że najbliższy sklep oraz buda z jadłem znajduje się cztery kilometry stąd. A co tam, nakupiłyśmy słodziutkich bułeczek na zapas, by zajadając je, cieszyć się rajem. Zażywać kąpieli, leżeć w hamaku, robić wielkie nic… Zmęczone już nieco tymi wielce zajmującymi rozrywkami, położyłyśmy się spać. Odpływamy już w objęcia Morfeusza, gdy nagle słyszymy ŁUP! ŁUP! A później DRAP! DRAP! I oto nasz spokój ducha przerwał pewien jegomość. WIELKI WARAN! Tłukł się i awanturował całą noc, krzycząc te słowa:

Domowa niespodzianka w Kota Bharu

Kasperki, http://www.gdziesakasperki.pl

unnamed-4Do Kota Bharu rzadko przyjeżdża się w turystycznych zamiarach. Częściej stanowi punkt przesiadkowy dla udających się na Perhentiany lub – jak w naszym przypadku – właśnie stamtąd wracających. Zamiast jak większość jechać od razu dalej, zostaliśmy w mieście na parę dni. Szczególnie, że zbliżał się wyczekiwany z niecierpliwością przez Maję dzień jej trzecich urodzin, który chcieliśmy uczcić małym przyjęciem.

Zatrzymując się w niepozornym pensjonacie w ślepej bocznej uliczce, nie oczekiwaliśmy więcej niż spokoju. Niespodziewanie jednak staliśmy się częscią codziennego życia rodziny gospodarzy, którzy swoją domową przestrzeń prawie całkowicie udostępnili gościom. W dniu urodzin Mai przygotowali prezenty i zorganizowali grilla. Wkrótce też na przyjęcie zaczęli zaglądać sąsiedzi i rodzina gospodarzy z życzeniami dla solenizantki. Wchodzili zarówno frontowym i tylnym wejściem, uśmiechali się zza ogrodzenia, kolejne dzieci dołączały do szalonych zabaw. Ani się obejrzeliśmy a z dużego urodzinowego tortu zostały jedynie okruszki. I radosne wspomnienia, które na długo zostaną w pamięci Mai.

Idealna przerwa na herbatę

Filip, http://www.glodnyswiata.pl

Sącząca się zewsząd jaskrawa zieleń niemal ogłupiała, więc z całych sił starałem się skupić na aromacie rozpływającym się po moich kubkach smakowych. Chrupanie kompletnie nie pasowało do smaku, jaki dobrze znałem. Wziąłem łyk bursztynowego naparu, a potem kolejny gryz słodkiego ciastka, delikatnie kremowego od masła – pasowały do siebie idealnie! Czy herbaciane ciastko może być bardziej herbaciane niż herbata? Najwyraźniej w takim miejscu tak. Spojrzałem na morze herbacianych krzewów wsród których siedziałem i uśmiechnąłem się pod nosem –  to właśnie dla takich doświadczeń rusza się w podróż dookoła świata!

Niesamowita dżungla Borneo

Oliwia, http://the-ollie.com/pl

unnamed-5Dżungla Borneo zachwyca. Niestety jest jej coraz mniej, przegrywa z plantacjami palmy oleistej. Są jednak jeszcze na wyspie miejsca takie jak Park Narodowy Mulu, w którym można poczuć się jak w filmie o prehistorii, miejsce gdzie zwierzęta nadal mają swój dom. Jest zielono, mgliście, wszystko jest wielkie, przez co niesamowicie czuje się siłę i potęgę natury. Spotyka olbrzymie i fikuśne owady, które wyglądają jakby nie były prawdziwe, choć czasem paskudne, to wręcz przyciągają, by się im lepiej przyjrzeć. To miejsce mnie oczarowało. Przejście się drewnianą drogą wokół domków noclegowych nocą szybko daje wyobrażenie o tym, jak trudno musi się żyć w takim miejscu, jak dużą wiedzę i orientację trzeba mieć, by przetrwać. Piękne i głośne odgłosy dżungli zaczynają mieć inne brzmienie, czuje się respekt do tego miejsca. W dodatku skrywa ono pod ziemią kilometry korytarzy, jaskinie, groty i największą podziemną komnatę świata o nazwie Sarawak, a większość z tych miejsc można eksplorować z przewodnikiem. Niesamowite wrażenia gwarantowane!

Rajskie Wyspy Perhentian

Kasia, http://www.vanillaisland.pl/

12aDo Malezji wybraliśmy się z rocznym synkiem, który po raz pierwszy poznawał tam smak podróżowania po Azji, a my dwiadczaliśmy go zupełnie inaczej i intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej. Wybór był strzałem w dziesiątkę. W długie jesienne wieczory często oglądamy nasze słoneczne zdjęcia, szczególnie te z Wysp Perhentian, gdzie, zupełnie mokrzy, dopłynęliśmy szaloną motorówką, której kierowca wydawał się być jednym z piratów z Karaibów. Na miejscu czekały na nas bajkowe zachody słońca, błękitna woda, w której po raz pierwszy widzieliśmy rekina na wolności (spokojnie, małego – rafowego 😉 ), cudowne miejsca do nurkowania, owoce morza we wszystkich smakach, świeże kokosy, hamaki rozwieszone wśród palm i wieczory spędzane przy shishy, pod rozgwieżdżonym niebem. Czekała też oczywiście masa turystów, ale miało to swoje plusy, bo poza fantastyczną malezyjską rodzinką, z którą do dziś utrzymujemy kontakt, poznaliśmy też sporo ciekawych ludzi z najróżniejszych krańców świata.

Pociąg w dżungli

Asia, https://asiainasiablog.wordpress.com/

unnamedMalezję przejechaliśmy niemalże wzdłuż i wszerz, gdzie tylko było to możliwe – pociągami. To nasz ulubiony sposób przemierzania Azji. Dlaczego ? Zalet jest wiele: cena (w przypadku Malezji równowartość 55 złotych za ponad 600 kilometrową trasę), zobaczyć można o wiele więcej niż z pokładu samolotu, porozmawiać z lokalsami.

Nasza ulubiona trasa to Jungle Train: pociąg wiodący od granicy z Singapurem, poprzez malezyjską dżunglę (okolice Taman Negara), aż do położonego na północnowschodnim krańcu Malezji miasta Kota Bahru… a stamtąd już rzut beretem na rajskie wysypy: Perhentian czy Redang.

Podróż jest długa, to fakt, ale mamy czas kontemplować pejzaże, te, nie znane większości turystów… W kuszetce można się też całkiem dobrze wyspać, a pobudka przy wschodzie słońca w sercu dżungli: bezcenna !

Sylwester w Kuala Lumpur

Karol, http://www.ourlifeourtravel.com/

unnamed-1Przypadkiem wylądowaliśmy w Kuala Lumpur pod Petronas Towers w noc sylwestrową w drodze do Singapuru. Dołączyliśmy do tłumu czekającego na nadejście Nowego Roku. Atmosfera była piknikowa. Całe rodziny siedziały razem na trawniku. Prawie nikt nie miał alkoholu. Było jeszcze wcześnie, koło 21, więc myśleliśmy, że to się zmieni, ale cały Sylwester tutaj był pod znakiem rodzinnego oczekiwania na fajerwerki. Mimo, że bez alkoholu, to i tak było głośno, a wszystko przez dzieci z trąbkami, które dorównywały wuwuzelom. O północy zaczął się pokaz fajerwerków. Na to czekały wszystkie dzieciaki, bo nagle zapomniały o swoich trąbkach i zrobiło się dużo ciszej. Za to po fajerwerkach zapadła prawie kompletna cisza i piętnaście minut po północy tłum zaczął się rozchodzić.

Wyspa Tioman

Natalia, http://wswoimzywiole.blog.pl/

unnamed-1
W Malezji byłam nie raz i każda wizyta oznaczała nowe miłe wspomnienia. Gdybym jednak miała wskazać to jedno szczególne, takie które pojawia się pierwsze, gdy ktoś mnie pyta o ten różnorodny, azjatycki kraj, byłoby to niewątpliwie wspomnienie beztroskiej, leniwej atmosfery przywiezione z wysepki Tioman, a konkretnie – plaży Salang. Wyspę odwiedziłam dwukrotnie i za każdym razem czas na niej spędzony upływał mi na lenistwie i przyjemnościach – jeśli nie zajadałam się pysznymi, świeżymi owocami można, to wylegiwałam się w hamaku, czytając, lub na plaży, podziwiając zachód słońca. Na Tiomanie czas przestaje mieć znaczenie, nie tylko zresztą dla turystów, ale także samych mieszkańców, którzy otwierają swoje sklepy i restauracje według własnego widzimisię. Nie stanowi to bynajmniej żadnego problemu, bo śpieszyć się nigdzie nie trzeba. Na Tiomanie także uczyłam się nurkować, więc szczególnie w pamięć zapadło mi przebogate, podwodne życie otaczające wyspę oraz dość zaskakujący (niestety) brak śmieci.

Kulinarny raj na śniadanie

Łukasz, http://www.lkedzierski.com

jedzenie-w-malezji-roti-5Jedzenie w Malezji może być głównym celem wizyty w tym kraju. Jeżeli ktoś lubi jeść lubi poznawać nowe różnorodne smaki to będzie w istnym niebie. Uwielbialiśmy codziennie rano wybierać się do okolicznej knajpki na zupkę, roti z kilkoma sosami i pyszny świeżo wyciskany sok. Pomimo, że brzuchy mieliśmy pełne, to po odejściu od stołu nie mogliśmy doczekać się kolejnego posiłku, gdyż wiedzieliśmy, że czeka nas istna uczta, że kolejny raz nasze kubki smakowe doświadczą czegoś wyjątkowego.

Nie wiem jak to jest, ale jeszcze nigdzie nie doświadczyliśmy takich smakołyków, doskonale przyprawionych, smacznych potraw, wspaniałych owoców oraz aromatycznych ryb i owoców morza. Malezja zawsze będzie nam się kojarzyła z jedzeniem.

Relaks w hamaku na Tioman

Emi, http://www.emiwdrodze.pl

unnamed-8Po kilku już wizytach w Malezji moje najmilsze z niej wspomnienie to (oprócz tych kulinarnych, bo tamtejsza mieszanka azjatyckich kuchni nie ma sobie równych!) błogie lenistwo na wysepce Tioman. Odnalazłam tam “swoją” plażę, na której oprócz kilku znudzonych kelnerów z pobliskiej knajpki nie było żywej duszy. Popijając na zmianę arbuzowe I kokosowe szejki dyndałam sobie w hamaku pod palmą wyczekując malutkich samolotów, które kilka razy dziennie lądowały na pobliskim lotnisku. Gdy wlatywały w chmury unoszące się nisko nad wzgórzami, wyglądało jakby niknęły nagle w czeluściach dżungli. W razie nudy pod wodą przy samym brzegu czekały kolorowe rybki, a po okolicy przechadzały się warany.

Kiedy nadszedł weekend, na wyspę zjechało chyba pół Singapuru, ale te parę dni przed ich inwazją to był prawdziwy relaks. To wprawdzie nie najpiękniejsza z plaż jakie widziałam – w Tajlandii czy Indonezji znajdzie się ładniejsze – ale klimatu jaki tam panował nie odnalazłam już później nigdzie.

Cameron Highlands od zaplecza

Marzena, http://www.nagniatamy.pl

chata-nepalczykaZielone, herbaciane pola wijące się niczym sinusoidy to jedna z topowych atrakcji Malezji. Nie zawsze zdajemy sobie jednak sprawę, co kryje się za tym uroczym widoczkiem… My trafiliśmy na to zaplecze zupełnie przypadkiem.
Jechaliśmy rowerami, a gdy zbliżał się zmrok, zaczęliśmy rozglądać się za miejscem do rozbicia namiotu. Wtedy na jednej z plantacji spotkaliśmy człowieka, który postanowił zaprosić nas do siebie. 
– Mam dom na wzgórzu, piękna okolica pełna ogrodów i plantacji, zapraszam!
Poszliśmy więc za nim, prowadzeni pod górę, w coraz gęstszej ciemności. Już zaczęliśmy się niepokoić, gdy naszym oczom ukazała się… chatka. A właściwie szopka zbita z pięciu kawałków blachy falistej. To tutaj nasz dobrodziej mieszka ze swoją żoną. Tej nocy udostępni swoją chatkę gościom, sami zaś będą spać na zewnątrz, na ziemi, pod gołym niebem. Próbujemy protestować, mamy przecież namiot.
– Nie ma dyskusji, jesteście naszymi gośćmi. Bóg kiedyś mi to wynagrodzi. 
Nasi gospodarze to Nepalczycy, którzy do Malezji przyjechali za pracą. Wprawdzie lepiej płacili w Arabii Saudyjskiej, ale klimat był nieznośnie gorący i szefowie traktowali ich jak niewolników. Tutaj jest chłodniej, pensja może i nie najwyższa, na szczęście jest co wysyłać dzieciom, których nie widzieli od trzech lat. Większość plantacji na Cameroon Highlands należy do Chińczyków. To dobry biznes. Dzięki uprzejmości właściciela, nasz gospodarz mógł wyprowadzić się z przepełnionego hotelu dla pracowników i na skraju poletka sklecić własny, blaszany, skromny domek, w którym właśnie siedzimy, a myśli nie pozwalają nam zasnąć. 

 

Reklamy