Skąd jesteś?

To pytanie zostało mi zadane przynajmniej 1000 razy do tej pory. Ale odpowiedź nie jest taka oczywista. Domem nazywałam różne miejsca, na różnych kontynentach. W moim 26-letnim życiu przyszło mi mieszkać w 4 krajach (Polska-Indie-Turcja-Malezja). W każdym z nich spędziłam przynajmniej kilka miesięcy – nie podróżując, ale pracując, albo pomagając lokalnym społecznościom.

W każdym z nich przeżyłam momenty radości, zwątpienia i smutku. W każdym z nich znalazłam miejsce, które nazwałam domem – nie „pokojem hotelowym”, ale właśnie domem. I każdy z nich miał wpływ na to kim teraz jestem, z pewnością. W stosunku do każdego z tych krajów czuje się w pewnym sensie patriotką – płaciłam podatki, angażowałam się w akcje organizacji pozarządowych, w każdym z nich mam osoby które są bliskie mojemu sercu, a także miejsca, które uwielbiam i do których chętnie bym wróciła, nawet teraz, zaraz.

69723_1713202559579_1829873_n

Początki

Na początku, nieważne gdzie, życie jest pełne wyzwań. Po przeprowadzce mnóstwo czasu zajmuje znalezienie lokum, zorganizowanie mebli, ogarnięcie transportu miejskiego. Dochodzi do tego bariera językowa i różnice w życiu codziennym – do dziś pamiętam, kiedy, żeby kupić sobie kartę SIM w Indiach, 3 razy odsyłano mnie do fotografa po „prawidłowe” zdjęcie na niebieskim tle z białą ramką. Załatwienie sobie lokalnego numeru telefonu zajęło mi dobry tydzień, właśnie przez tego typu nadgorliwość sprzedawców. Czy byłam na to gotowa? Zdecydowanie nie. Ale w takiej sytuacji najgorsze, co można zrobić to, porównywanie typu „W Polsce poszłabym do sklepu i załatwienie tego zajęłoby mi 5 minut!”. Tego typu myślenie nie zmienia całkowicie nic, poza coraz większym wkurzeniem. Zamiast tego lepiej zacisnąć zęby i po raz kolejny wybrać się do nieszczęsnego fotografa po zdjęcie.

Denerwowanie się na daną sytuację tylko dlatego, że jest ona inna od tej, do krórej jesteśmy przyzwyczajeni, jest w stanie kompletnie zniszczyć początkową ekscytację przeprowadzką. Po kilku latach za granicą sama widzę tego typu zmianę w sobie – nie przywiązuję uwagi, czy coś jest mi znane, czy nie, albo czy uważam coś za logiczne, czy niekoniecznie. Skoro przyjechałam do danego kraju, z własnej i nieprzymuszonej woli, po prostu muszę się dostosować. Nie mówię tu o ekstremalnych sytuacjach czy religii, ale normalnych, codziennych sprawach. (W Malezji jest chyba tylko jedna rzecz, do której ciągle nie mogę się przyzwyczaić: standardowe polewanie pizzy sosem tabasco przed skonsumowaniem. Nie potrafię się do tego przekonać do teraz)

Pierwsze miesiące są próbą charakteru. Sporo osób po prostu nie jest w stanie się dostosować, albo dochodzi do wniosku, że to jednak nie dla nich – i wyjeżdżają. Dlatego jestem naprawdę wdzięczna za to, że do tej pory zawsze miałam na początku fantastyczne wsparcie od przyjaciół. którzy sprawili, że owe początki okazały się całkiem przyjemne.

Przyjeżdżając do Malezji, wiedziałam o tym kraju naprawdę niewiele. Ale zamieszkałam z fantastycznymi ludźmi, Malezyjczykami, którzy sami z siebie bardzo chcieli pokazać mi malezyjską kulturę. I tak praktycznie codziennie byłam zabierana na kolacje, które brzmiały bardzo dziwnie (steamboat, dim sum, korean bbq), a okazywały się pyszne. Poznałam ich rodziny i zostałam zaangażowana w klejenie ryżowych kulek na chińskie święto przesilenia zimowego, zabrano mnie na wesele i niedzielne obiady u rodziny. I wydaje mi się, że to właśnie dzięki nim tak bardzo zainteresowałam się kulturą Malezji – gdy tylko coś mnie dziwiło, albo czegoś nie rozumiałam – moi współlokatorzy mieli na wszystko błyskawiczną odpowiedź.

Na początku dom jest domem – ten w Polsce. Są rozmowy na skype – codziennie. Są resztki polskiego chleba i czekoladek w lodówce. Są fotografie, pieczołowicie trzymane w ramkach albo na tablicy korkowej.

10645288_10204645231360394_6495289131583805345_nZmiana

Któregoś dnia przychodzi ten dzień. Nawet o tym nie myślisz, ale „dom” to nie dom w Poznaniu, ale też mały pokój z materacem na podłodze i plastikową różową szafką na ubrania. „Mój supermarket” to ten, w którym wiesz, jak wrzucić do koszyka wszystko z listy zakupowej, nie błądząc przy tym po drodze. „Moje miejsce na kolację” to ta knajpa, w której nie musisz składać zamówienia, bo kelner już wie, że chcesz to co zwykle. I to wszystko staje się trochę mimochodem, nie do końca świadomie…

Do mnie zmiana dotarła chyba dopiero wtedy, kiedy uzmysłowiłam sobie, że w supermarkecie zawsze staję w kolejce specjalnie do tej jednej, konkretnej kasjerki – starszej pani, która za każdym razem, oprócz skasowania zakupów, porozmawia ze mną o życiu i podrzuci dobry przepis na danie z brązowym ryżem, bo przyznałam jej się, że nigdy go nie gotowałam. I nieważne, że za mną stoi jeszcze kilka osób – pani kasjerka jest tak urocza, że dobrym radom przysłuchują się wszyscy (a niektórzy nawet zapisują je w telefonie, na później).

Dla mnie to co zwykle

Myślę, że moment, w którym w każdym kraju stwierdziłam, że czuję się jak w domu, przyszedł w momencie, gdy zaczęłam używać sformułowania „dla mnie to co zwykle”. Bo to znaczy że jesteś swojak, i że wiesz co jest w asortymencie. I wiesz, że cię kojarzą, nawet jeśli nigdy z nikim nie rozmawiałaś osobiście.

Zdarzają się też sytuacje potencjalnie zmieniające życie, jak wtedy, gdy strażnik ochrony w moim bloku próbował mnie umówić na randkę z innym mieszkańcem bloku (bezskutecznie).

Strach przed nieznanym ustępuje miejsca pewności siebie i relaksowi. Zamiast planowania pojawia się więcej improwizacji. I zanika presja tego, żeby „bywać” w różnych miejscach w weekendy, tylko po to, żeby poznać nowych znajomych. Najważniejsza stajesz się ty, twoi najbliżsi (często nie rodzina, a przyjaciele, którzy są równie blisko jak rodzina) i twój dom. A do tego twój fyrtel (po poznańsku: okolica). Dlatego reagujesz, gdy pobliska szkoła nie przycięła żywopłotu, który teraz uniemożliwia przejście chodnikiem. Gdy lokalna organizacja pozarządowa potrzebuje pomocy w zbiórce pieniędzy na lokalne schronisko dla zwierząt, to pomagasz. Wszystko zaczyna się wydawać po prostu naturalne.

1625789_1152441860912_5319510_n

No to skąd jesteś?

Jestem stąd. I jeszcze stamtąd. I z tamtego kraju też. I jeśli chcesz, to opowiem ci o obu miejscach w taki sposób, że od razu kupisz bilet i zdecydujesz się tam pojechać na wakacje. Bo wszystkie te miejsca naprawdę kocham. I nigdy nie przestanę.

 

Dzięki, Ed.

Ed Sheeran w „Photograph” pięknie zobrazował wracanie w pamięci do domu – i do tych, którzy stworzyli ten dom. Nieważne gdzie. Ten kawałek gra u mnie w kółko od jakiegoś czasu i był inspiracją do tego, żeby spisać wszystkie te myśli.

 

Advertisements